- Bruno Mars - może i muzycznie nieszczególnie mnie interesuje, ale dał wspaniałe show i bardzo dobry występ. Było na co popatrzeć: tęczowo kolorowe światła, lasery, fajerwerki zsynchronizowane z muzyką, wybuchające ognie na scenie. Do tego dynamiczny i sympatyczny zespół (i product placement Nike ;) ). Słuchało się go też bardzo przyjemnie.
- Dawid Podsiadło - udany koncert, dobrze się go słuchało. W bardzo sympatyczny sposób zabawiał też widzów pomiędzy piosenkami.
- Sevdaliza - bardzo ciekawy występ i muzycznie, i tanecznie.
- Bass Astral X Igo Orchestra - przyjemne, lekko rockowe brzemienia.
niedziela, 8 lipca 2018
Open'er 2018 - dzień 4.
Minął ostatni dzień Open'era, który był dla mnie dniem miłych zaskoczeń. Nie spodziewałem niczego szczególnie ciekawego tego dnia dla siebie, ale się myliłem:
sobota, 7 lipca 2018
Open'er 2018 - dni 1-3
Byłem wczoraj na koncercie Gorillaz i tylko jedno słowo krąży mi po głowie, które opisuje moje wrażenia: WOW!!!!!!!
Koncert był niesamowity. Damon Albarn przyjechał z dużym, znakomitym zespołem. Na koncercie można było usłyszeć ich największe hity jak i utwory z ich najnowszego albumu ze wspaniałymi wizualizacjami: głównie znane teledyski ale do tego znakomita gra świateł na scenie.
Wykonania były wspaniałe i muszę przyznać, że wolę koncertowe wersje muzyki Gorillaz nad wersje albumowe.
Cały zespół miał znakomity kontakt z publicznością. Od początkowych utworów schodzili co chwila do publiczności i niesamowicie generowali entuzjazm.
Do tego bardzo mi się podobało jak w jaki sposób Gorillaz gra jako zespół - gdy się ich ogląda, to ma się wrażenie niesamowitego zgrania i wzajemnego szacunku. Jak ktoś poza Damonem śpiewał lub rapował to on/ona był(-a) w centrum uwagi a pozostali członkowie zespołu (w tym Albarn) stawali się tłem. Nawet gdy chór miał "solową" sekcję przy śpiewaniu "Dirty Harry" to oni w tym momencie byli w centrum show.
Nie potrafię wyrazić słowami jak wspaniale brzmieli, chyba że tak: jeśli nie byłeś na koncercie Gorillaz to tak jakbyś nie słyszał ich prawdziwego brzmienia.
Do tego wydaje mi się, że mieliśmy szczęście i mieliśmy wielu wykonawców, którzy nie we wszystkich koncertach biorą udział, np. Little Simz. Niestety nie mam jak tego potwierdzić pozostałych (nie znam wystarczająco dobrze tych wszystkich muzyków).
Niesamowity koncert Gorillaz był ogromny kontrastem, względem przedwczorajszego koncertu Depeche Mode. Zespół Depeche Mode był sztywny a ich wokalista to za dobre rozgrzewanie publiczności chyba uważa trzymanie się za krocze. Porównując żywiołowość publiczności takie podejście się nie sprawdziło. To nie jest tak, że Depeche Mode źle grało, ale nie było w tym tyle serca i energii ile można by oczekiwać.
Inni artyści, którzy pokazali, że warto chodzić na koncerty to m. in. Sigrid - bardzo radosna i pełna energii. Miała niestety pecha, że jej koncert nachodził na koncert Gorillaz.
Wspaniale też wypadł David Byrne. Poza ciekawą muzyką zaproponował wyjątkowo ciekawe widowisko sceniczne. Cały jego zespół, w tym on sam, byli praktycznie cały czas w ruchu. Ciekawie, pomysłowo: dobrze się to słuchało i oglądało.
Mnie też bardzo zaciekawiła i zaintrygowała Resina. Jedna kobieta tworząca orkiestrę. Jej koncert i utwory polegały na tym, że śpiewała lub grała kilka taktów melodii lub rytmu, które były nagrywane a potem odtwarzane w pętli a następnie dokładała do tego kolejne elementy utworu. Bardzo ciekawy, oryginalny pomysł na koncert.
Inni których mi się przyjemnie słuchało (w kolejności przypadkowej):
Koncert był niesamowity. Damon Albarn przyjechał z dużym, znakomitym zespołem. Na koncercie można było usłyszeć ich największe hity jak i utwory z ich najnowszego albumu ze wspaniałymi wizualizacjami: głównie znane teledyski ale do tego znakomita gra świateł na scenie.
Wykonania były wspaniałe i muszę przyznać, że wolę koncertowe wersje muzyki Gorillaz nad wersje albumowe.
Cały zespół miał znakomity kontakt z publicznością. Od początkowych utworów schodzili co chwila do publiczności i niesamowicie generowali entuzjazm.
Do tego bardzo mi się podobało jak w jaki sposób Gorillaz gra jako zespół - gdy się ich ogląda, to ma się wrażenie niesamowitego zgrania i wzajemnego szacunku. Jak ktoś poza Damonem śpiewał lub rapował to on/ona był(-a) w centrum uwagi a pozostali członkowie zespołu (w tym Albarn) stawali się tłem. Nawet gdy chór miał "solową" sekcję przy śpiewaniu "Dirty Harry" to oni w tym momencie byli w centrum show.
Nie potrafię wyrazić słowami jak wspaniale brzmieli, chyba że tak: jeśli nie byłeś na koncercie Gorillaz to tak jakbyś nie słyszał ich prawdziwego brzmienia.
Do tego wydaje mi się, że mieliśmy szczęście i mieliśmy wielu wykonawców, którzy nie we wszystkich koncertach biorą udział, np. Little Simz. Niestety nie mam jak tego potwierdzić pozostałych (nie znam wystarczająco dobrze tych wszystkich muzyków).
Niesamowity koncert Gorillaz był ogromny kontrastem, względem przedwczorajszego koncertu Depeche Mode. Zespół Depeche Mode był sztywny a ich wokalista to za dobre rozgrzewanie publiczności chyba uważa trzymanie się za krocze. Porównując żywiołowość publiczności takie podejście się nie sprawdziło. To nie jest tak, że Depeche Mode źle grało, ale nie było w tym tyle serca i energii ile można by oczekiwać.
Inni artyści, którzy pokazali, że warto chodzić na koncerty to m. in. Sigrid - bardzo radosna i pełna energii. Miała niestety pecha, że jej koncert nachodził na koncert Gorillaz.
Wspaniale też wypadł David Byrne. Poza ciekawą muzyką zaproponował wyjątkowo ciekawe widowisko sceniczne. Cały jego zespół, w tym on sam, byli praktycznie cały czas w ruchu. Ciekawie, pomysłowo: dobrze się to słuchało i oglądało.
Mnie też bardzo zaciekawiła i zaintrygowała Resina. Jedna kobieta tworząca orkiestrę. Jej koncert i utwory polegały na tym, że śpiewała lub grała kilka taktów melodii lub rytmu, które były nagrywane a potem odtwarzane w pętli a następnie dokładała do tego kolejne elementy utworu. Bardzo ciekawy, oryginalny pomysł na koncert.
Inni których mi się przyjemnie słuchało (w kolejności przypadkowej):
- La Femme - Francuzi, trochę elektroniczni
- Kaleo - country-rock ;)
- Organek - naprawdę fajny i dobry polski rock
- MØ - udany i radosny lekko popowy koncert
- Massive Attack - widziałem po raz kolejny na Open'erze, podobnie jak w zeszłych latach
- Nick Cave - energetyczny i ciekawy jak zawsze
- Arctic Monkeys - dobre rockowe granie
piątek, 23 lutego 2018
Steven Wilson "To The Bone" - koncert
Miałem niesamowitą przyjemność obejrzeć koncert Stevena Wilsona, w ramach trasy promującej jego album "To The Bone". Na koncercie byłem w Poznaniu.
Było (prawie) wszystko czego oczekuję od dobrego koncertu.
Po pierwsze: długie granie - koncert trwał 3 godziny (z 20-minutową przerwą) - co jest naprawdę bardzo długim czasem.
Po drugie: było to bardzo dobre show. Kiedy idę na koncert to oczekuję, że nie tylko posłucham sobie grania, ale że zostanie to wykonane w sposób efektowny. Koncert był wypełniony ciekawymi wizualizacjami przygotowanymi specjalnie na potrzebny koncertu - w czasie niektórych piosenek były to prawdziwe opowieści filmowe (teledyski). Do tego wizualizacje były ciekawie zrealizowane - były dwuwarstwowe. Poza typowym ekranem z tyłu sceny był półprzezroczysty ekran przed sceną (odsłaniany gdy nie był potrzebny). Pozwalało to na ciekawe efekty. Przy odpowiednim oświetleniu sceny, to co było rzucane na przedni ekran, sprawiało wrażenie jakby było częścią sceny - czyli np. kobieta tak wyświetlona wyglądała jakby stała obok Stevena Wilsona.
Inne wykorzystanie tego ekranu to cienie. Przy odpowiednim oświetleniu muzycy byli prawie niewidoczni ale dawali niesamowicie wyglądające cienie na przednim ekranie. Ale najbardziej mi się podobało, gdy były zsynchronizowane wizualizacje na przednim i tylnym ekranie. Np. jeśli na przednim ekranie było ogromne oko, to co było widać w źrenicy oka było wyświetlane na tylnym ekranie, co dawało niesamowity trójwymiarowy efekt.
I jeszcze jako dodatkowe wrażenia dawał przestrzenny miks w trakcie trwania koncertu. Jeszcze nie spotkałem się wcześniej by koncerty na żywo korzystały z przestrzennej aranżacji dźwięku. Dla takiego fana przestrzennej muzyki jak ja to dodatkowy plus.
Jeśli chodzi o dobór repertuaru to pewnie było więcej "głośnych" i "agresywnych" utworów niż bym wolał. Osobiście preferuję bardziej łagodne w brzemieniu utwory Stevena Wilsona. Na pewno było kilka utworów, które są jednymi z moich ulubionych. A piosenkę "Song of I" w brzemieniu koncertowym o wiele bardziej polubiłem niż w wersji albumowej.
Na koniec o jednej drobnej wadzie z mojego punktu widzenia - odniosłem wrażenie, że Steven Wilson z zespołem za bardzo starali się brzmieć jakby grali album. Nie było zbyt dużo specjalnych koncertowych aranżacji czy znaczących improwizacji. A może po prostu nie jestem jeszcze wystarczająco osłuchany z muzyką Stevena Wilsona by je zauważyć?
Było (prawie) wszystko czego oczekuję od dobrego koncertu.
Po pierwsze: długie granie - koncert trwał 3 godziny (z 20-minutową przerwą) - co jest naprawdę bardzo długim czasem.
Po drugie: było to bardzo dobre show. Kiedy idę na koncert to oczekuję, że nie tylko posłucham sobie grania, ale że zostanie to wykonane w sposób efektowny. Koncert był wypełniony ciekawymi wizualizacjami przygotowanymi specjalnie na potrzebny koncertu - w czasie niektórych piosenek były to prawdziwe opowieści filmowe (teledyski). Do tego wizualizacje były ciekawie zrealizowane - były dwuwarstwowe. Poza typowym ekranem z tyłu sceny był półprzezroczysty ekran przed sceną (odsłaniany gdy nie był potrzebny). Pozwalało to na ciekawe efekty. Przy odpowiednim oświetleniu sceny, to co było rzucane na przedni ekran, sprawiało wrażenie jakby było częścią sceny - czyli np. kobieta tak wyświetlona wyglądała jakby stała obok Stevena Wilsona.
Inne wykorzystanie tego ekranu to cienie. Przy odpowiednim oświetleniu muzycy byli prawie niewidoczni ale dawali niesamowicie wyglądające cienie na przednim ekranie. Ale najbardziej mi się podobało, gdy były zsynchronizowane wizualizacje na przednim i tylnym ekranie. Np. jeśli na przednim ekranie było ogromne oko, to co było widać w źrenicy oka było wyświetlane na tylnym ekranie, co dawało niesamowity trójwymiarowy efekt.
I jeszcze jako dodatkowe wrażenia dawał przestrzenny miks w trakcie trwania koncertu. Jeszcze nie spotkałem się wcześniej by koncerty na żywo korzystały z przestrzennej aranżacji dźwięku. Dla takiego fana przestrzennej muzyki jak ja to dodatkowy plus.
Jeśli chodzi o dobór repertuaru to pewnie było więcej "głośnych" i "agresywnych" utworów niż bym wolał. Osobiście preferuję bardziej łagodne w brzemieniu utwory Stevena Wilsona. Na pewno było kilka utworów, które są jednymi z moich ulubionych. A piosenkę "Song of I" w brzemieniu koncertowym o wiele bardziej polubiłem niż w wersji albumowej.
Na koniec o jednej drobnej wadzie z mojego punktu widzenia - odniosłem wrażenie, że Steven Wilson z zespołem za bardzo starali się brzmieć jakby grali album. Nie było zbyt dużo specjalnych koncertowych aranżacji czy znaczących improwizacji. A może po prostu nie jestem jeszcze wystarczająco osłuchany z muzyką Stevena Wilsona by je zauważyć?
czwartek, 21 grudnia 2017
Czasem warto słuchać własnych rad - "Gwiezdne wojny - rozdział VIII"
Ostrzeżenie: Moja opinia o tym filmie będzie zawierać spoilery.
Obejrzałem "Gwiezdne wojny VIII". Pomimo tego, że część VII nie podobała mi się zbytnio to szedłem na film pełen nadziei, że tym razem zobaczę coś naprawdę dobrego. Szczególnie, że "Łotr 1" bardzo mi się podobał.
Niestety rozczarowałem się srogo i obecnie jest to dla mnie najgorsza część "Gwiezdnych wojen".
Co chwilę bohaterowie filmu powtarzają by nie patrzeć w przeszłość i zacząć budować coś nowego. Pomyślałem sobie: szkoda, że twórcy nie posłuchali własnych rad. Ta część znowu jest prymitywnym skopiowaniem motywów z poprzednich filmów - tym razem hurtem z 5. i 6. części. Znając poprzednie części bez przerwy odczuwa się deja-vu i przewiduje wszystko na kilka minut wprzód. Niepotrzebnie sprowadzono zbędne postacie z przeszłości - chyba tylko dlatego, że nie zdążyli ich użyć w części VII.
Wiele "zwrotów akcji" wygląda na jakieś fanowskie chciejstwo i nie jest uzasadnione w żaden sposób znaną z filmów przeszłością postaci, ewentualnie wygląda na gest w stylu: zróbmy coś na siłę, bo tego się nie będą spodziewali.
Do tego jest to najdłuższy film serii i miałem wrażenie, że zupełnie niepotrzebnie.
A najgorsze z tego wszystkiego jest to, że nie wiem co ten film ciekawego chciał opowiedzieć. Podróż jakiej postaci chciał przedstawić? Wszyscy w tym filmie wydawali się zagubieni w sobie i nie potrafili się zmienić (poza Finnem). Z filmu nic ciekawego nie wynikało. Zobaczyliśmy jak imperium po raz n-ty robi ten sam błąd (typu duża broń wszystko zniszczy - ups, zniszczono naszą dużą broń). Nie czuję bym wyniósł cokolwiek wartościowego z tego filmu lub poczuł przywiązanie do którejkolwiek postaci. Nie zauważyłem żadnej ciekawej idei, którą ten film chciał przekazać.
Obejrzałem "Gwiezdne wojny VIII". Pomimo tego, że część VII nie podobała mi się zbytnio to szedłem na film pełen nadziei, że tym razem zobaczę coś naprawdę dobrego. Szczególnie, że "Łotr 1" bardzo mi się podobał.
Niestety rozczarowałem się srogo i obecnie jest to dla mnie najgorsza część "Gwiezdnych wojen".
Co chwilę bohaterowie filmu powtarzają by nie patrzeć w przeszłość i zacząć budować coś nowego. Pomyślałem sobie: szkoda, że twórcy nie posłuchali własnych rad. Ta część znowu jest prymitywnym skopiowaniem motywów z poprzednich filmów - tym razem hurtem z 5. i 6. części. Znając poprzednie części bez przerwy odczuwa się deja-vu i przewiduje wszystko na kilka minut wprzód. Niepotrzebnie sprowadzono zbędne postacie z przeszłości - chyba tylko dlatego, że nie zdążyli ich użyć w części VII.
Wiele "zwrotów akcji" wygląda na jakieś fanowskie chciejstwo i nie jest uzasadnione w żaden sposób znaną z filmów przeszłością postaci, ewentualnie wygląda na gest w stylu: zróbmy coś na siłę, bo tego się nie będą spodziewali.
Do tego jest to najdłuższy film serii i miałem wrażenie, że zupełnie niepotrzebnie.
A najgorsze z tego wszystkiego jest to, że nie wiem co ten film ciekawego chciał opowiedzieć. Podróż jakiej postaci chciał przedstawić? Wszyscy w tym filmie wydawali się zagubieni w sobie i nie potrafili się zmienić (poza Finnem). Z filmu nic ciekawego nie wynikało. Zobaczyliśmy jak imperium po raz n-ty robi ten sam błąd (typu duża broń wszystko zniszczy - ups, zniszczono naszą dużą broń). Nie czuję bym wyniósł cokolwiek wartościowego z tego filmu lub poczuł przywiązanie do którejkolwiek postaci. Nie zauważyłem żadnej ciekawej idei, którą ten film chciał przekazać.
środa, 25 października 2017
Kosmiczne seriale science-fiction - brakowało mi was
W roku 1987 rozpoczęła się emisja serialu "Star Trek: Następne Pokolenie". Przez kolejne 18 lat kolejne inkarnacje serialu gościły na ekranach telewizorów. W 2005 roku moda na kosmiczne seriale science-fiction się skończyła i aż do 2017 roku nie było podobnego, równie dobrego serialu.
W Polsce "Star Trek" pojawił się w 1990 roku i będąc wtedy małym chłopcem zacząłem go oglądać. Od razu mnie wciągnął i zafascynował, i tak jest do dziś. Nie pamiętam co tak bardzo mi się podobało w tym serialu jak byłem mały (na pewno odcinki dziejące się w holodecku). Wiem jednak, że gdy ponownie oglądałem te seriale będąc dorosłym, ciągle mi się podobały - są to, w przeważającej większości, znakomicie napisane opowieści, poruszające ważne aspekty bycia człowiekiem, ciekawe teorie i zagadnienia naukowe, a do tego umieszczone w optymistycznej utopii (przynajmniej "The Next Generation"). Mało tego, ta utopia była wymyślona dość wiarygodnie - ludzie (i inne gatunki należące do Federacji) mają dostatek zasobów, dzięki opanowaniu możliwości wytwarzania energii z antymaterii i opracowaniu technik zamiany materii w energię (i vice-versa). Przy braku niedostatków ludzie mogą zająć się głównie samodoskonaleniem (na różne sposoby) i eksploracją kosmosu - piękna wizja dla osoby o duszy inżyniera.
Przez ostatnie 12 lat brakowało mi takiego serialu. W tym roku pojawiły się aż dwa. Pierwszym z nich jest serial "The Orville" a drugi to "Star Trek: Discovery". Nie będę ukrywał, że obydwa seriale bardzo mi się spodobały, choć są skrajnie różne.
"The Orville" jest duchowym następcą "Star Trek: The Next Generation". Jest podobny wizualnie, również świat w tym serialu jest podobnie utopijny jak w tamtym Star Treku. Ale nie jest to tylko prymitywne naśladownictwo. "The Orville" wprowadza to tamtej konwencji dużo humoru oraz bardziej ludzkie postacie. Bohaterowie "The Next Generation" wydawali się bardzo sztywni, formalni i idealni. Gdy pracowali, nie żartowali sobie - w skupieniu i bardzo poważnie realizowali swoje obowiązki. Bohaterowie "The Orville" bez przerwy sobie żartują, przekomarzają się, plotkują, potrafią mieć złe humory i nie zawsze potrafią zapanować nad swoimi emocjami. Nie mają też ciągle samych sensownych i dobrych pomysłów - często miewają bezsensowne i głupie - nie są chodzącymi ideałami. Można nawet się zastanowić jak tak niepoważna załoga radzi sobie z misjami na statku kosmicznym.
Pomimo tej lekkości i dużej dawki humoru (który mi osobiście odpowiada) serial też porusza istotne kwestie społeczne czy dotyczące natury człowieka (np. spojrzenie na wroga w sytuacji wojny, krzywdzące niektórych ludzi przywiązanie do bezsensownych tradycji itp). W dodatku wydaje mi się, że "The Orville" podchodzi do wszystkich poruszanych kwestii bardziej realistycznie, mniej naiwnie niż dawne "Star Treki".
Kiedy zacząłem oglądać "Star Trek: Discovery" nie spodziewałem się, że uda się nakręcić kolejny serial dziejący się w tym uniwersum, który będzie świeży i bardzo odmienny od poprzednich pięciu seriali. Zrezygnowano w nim z cechującego poprzednie seriale utopijnego podejścia. Bohaterowie tego serialu nie są idealni, mają swoje mroczne tajemnice. Można nawet powiedzieć, że są bardzo blisko granicy, po której przekroczeniu uznajemy ludzi za złych. Co prawda już "Star Trek: Deep Space Nine" pokazywał mroczne strony Federacji i to, że pod cukierkową, utopijną powierzchnią nie wszystko jest takie piękne, szczególnie w trakcie wojny. "ST: Discovery" te mroczne kwestie natury ludzkiej jeszcze bardziej eksploruje.
Co zaskakujące, mimo tego, ciągle w tych opowieściach czuje się ducha Star Treka - przywiązanie do naukowych aspektów świata przedstawionego, empatia i współczucie, które zawsze cechowało te seriale, poruszanie trudnych kwestii dotyczących natury ludzkiej (np. przywiązanie do innych, radzenie sobie z oczekiwaniami otoczenia).
Ale to co jest najbardziej wyjątkowego w tym serialu to jakość opowieści - oglądając kolejne odcinki jestem całkowicie w nie wciągnięty. Do tego dochodzą wspaniałej jakości efekty specjalne i dźwiękowe (lepsze wykorzystanie przestrzennego dźwięku niż w niejednym filmie kinowym). Kuleje jedynie aktorstwo osób grających Klingonów - ale nie dziwię się, skoro w tym serialu makijaż Klingonów wygląda na bardzo nadmiarowy i niewygodny, a do tego nie łatwo wyrecytować i zagrać coś w nieznanym sobie i trudnym do wymówienia języku (nawet jak się nie ma makijażu).
Bardzo się cieszę, że mogę znów oglądać seriale, w stylu, który zawsze najbardziej był mi bliski. "The Orville" bardziej star trekowy niż najnowszy "Star Trek" i "Star Trek", który znowu przesuwa granicę tego czym "Star Trek" może być, jednocześnie nie tracąc swojego ducha i stylu. Może tylko szkoda, że obydwa seriale są adresowane wyłącznie do starszego widza niż robił to "Star Trek: TNG".
W Polsce "Star Trek" pojawił się w 1990 roku i będąc wtedy małym chłopcem zacząłem go oglądać. Od razu mnie wciągnął i zafascynował, i tak jest do dziś. Nie pamiętam co tak bardzo mi się podobało w tym serialu jak byłem mały (na pewno odcinki dziejące się w holodecku). Wiem jednak, że gdy ponownie oglądałem te seriale będąc dorosłym, ciągle mi się podobały - są to, w przeważającej większości, znakomicie napisane opowieści, poruszające ważne aspekty bycia człowiekiem, ciekawe teorie i zagadnienia naukowe, a do tego umieszczone w optymistycznej utopii (przynajmniej "The Next Generation"). Mało tego, ta utopia była wymyślona dość wiarygodnie - ludzie (i inne gatunki należące do Federacji) mają dostatek zasobów, dzięki opanowaniu możliwości wytwarzania energii z antymaterii i opracowaniu technik zamiany materii w energię (i vice-versa). Przy braku niedostatków ludzie mogą zająć się głównie samodoskonaleniem (na różne sposoby) i eksploracją kosmosu - piękna wizja dla osoby o duszy inżyniera.
Przez ostatnie 12 lat brakowało mi takiego serialu. W tym roku pojawiły się aż dwa. Pierwszym z nich jest serial "The Orville" a drugi to "Star Trek: Discovery". Nie będę ukrywał, że obydwa seriale bardzo mi się spodobały, choć są skrajnie różne.
"The Orville" jest duchowym następcą "Star Trek: The Next Generation". Jest podobny wizualnie, również świat w tym serialu jest podobnie utopijny jak w tamtym Star Treku. Ale nie jest to tylko prymitywne naśladownictwo. "The Orville" wprowadza to tamtej konwencji dużo humoru oraz bardziej ludzkie postacie. Bohaterowie "The Next Generation" wydawali się bardzo sztywni, formalni i idealni. Gdy pracowali, nie żartowali sobie - w skupieniu i bardzo poważnie realizowali swoje obowiązki. Bohaterowie "The Orville" bez przerwy sobie żartują, przekomarzają się, plotkują, potrafią mieć złe humory i nie zawsze potrafią zapanować nad swoimi emocjami. Nie mają też ciągle samych sensownych i dobrych pomysłów - często miewają bezsensowne i głupie - nie są chodzącymi ideałami. Można nawet się zastanowić jak tak niepoważna załoga radzi sobie z misjami na statku kosmicznym.
Pomimo tej lekkości i dużej dawki humoru (który mi osobiście odpowiada) serial też porusza istotne kwestie społeczne czy dotyczące natury człowieka (np. spojrzenie na wroga w sytuacji wojny, krzywdzące niektórych ludzi przywiązanie do bezsensownych tradycji itp). W dodatku wydaje mi się, że "The Orville" podchodzi do wszystkich poruszanych kwestii bardziej realistycznie, mniej naiwnie niż dawne "Star Treki".
Kiedy zacząłem oglądać "Star Trek: Discovery" nie spodziewałem się, że uda się nakręcić kolejny serial dziejący się w tym uniwersum, który będzie świeży i bardzo odmienny od poprzednich pięciu seriali. Zrezygnowano w nim z cechującego poprzednie seriale utopijnego podejścia. Bohaterowie tego serialu nie są idealni, mają swoje mroczne tajemnice. Można nawet powiedzieć, że są bardzo blisko granicy, po której przekroczeniu uznajemy ludzi za złych. Co prawda już "Star Trek: Deep Space Nine" pokazywał mroczne strony Federacji i to, że pod cukierkową, utopijną powierzchnią nie wszystko jest takie piękne, szczególnie w trakcie wojny. "ST: Discovery" te mroczne kwestie natury ludzkiej jeszcze bardziej eksploruje.
Co zaskakujące, mimo tego, ciągle w tych opowieściach czuje się ducha Star Treka - przywiązanie do naukowych aspektów świata przedstawionego, empatia i współczucie, które zawsze cechowało te seriale, poruszanie trudnych kwestii dotyczących natury ludzkiej (np. przywiązanie do innych, radzenie sobie z oczekiwaniami otoczenia).
Ale to co jest najbardziej wyjątkowego w tym serialu to jakość opowieści - oglądając kolejne odcinki jestem całkowicie w nie wciągnięty. Do tego dochodzą wspaniałej jakości efekty specjalne i dźwiękowe (lepsze wykorzystanie przestrzennego dźwięku niż w niejednym filmie kinowym). Kuleje jedynie aktorstwo osób grających Klingonów - ale nie dziwię się, skoro w tym serialu makijaż Klingonów wygląda na bardzo nadmiarowy i niewygodny, a do tego nie łatwo wyrecytować i zagrać coś w nieznanym sobie i trudnym do wymówienia języku (nawet jak się nie ma makijażu).
Bardzo się cieszę, że mogę znów oglądać seriale, w stylu, który zawsze najbardziej był mi bliski. "The Orville" bardziej star trekowy niż najnowszy "Star Trek" i "Star Trek", który znowu przesuwa granicę tego czym "Star Trek" może być, jednocześnie nie tracąc swojego ducha i stylu. Może tylko szkoda, że obydwa seriale są adresowane wyłącznie do starszego widza niż robił to "Star Trek: TNG".
niedziela, 22 października 2017
Ostatni dzień czerwca
Dawno nie grałem w tak przejmującą emocjonalnie grę jak "Last Day of June". Inspiracją do jej powstania był teledysk do utworu "Drive Home" Stevena Wilsona (po prawej).
Piosenka i teledysk opowiadają o tym, jak trudno się pogodzić ze stratą ukochanej osoby - w tym przypadku w wyniku wypadku.
Gra twórczo rozszerza tę muzyczną opowieść w sposób możliwy jedynie w interaktywnym medium.
Najczęściej, gdy stanie się coś złego lub nieprzyjemnego, ludzie w głowach próbują rozgrywać tę sytuację zgadując i wyobrażając sobie czy gdyby się inaczej postąpiło, złe wydarzenie by nie nastąpiło - jak wtedy wyglądałby świat i życie.
Ta gra właśnie jest o rozważaniach "co by było, gdyby" oraz jest też grą o godzeniu się ze swoim losem. Opowiada też o tym, jak bardzo nasze losy powiązane są z losami innych osób - czasem w zaskakujące sposoby.
Sposób opowieści jest też wyjątkowy: w grze nie ma żadnych słów. Jest tylko obraz, muzyka oraz nieartykułowane dźwięki (np. śmiech, płacz) bohaterów opowieści. Mimo tego opowieść jest w pełni zrozumiała, kompletna i wywierająca emocjonalnie duże wrażenie.
Gry potrafią być wyjątkowym medium przekazywania opowieści.
Piosenka i teledysk opowiadają o tym, jak trudno się pogodzić ze stratą ukochanej osoby - w tym przypadku w wyniku wypadku.
Gra twórczo rozszerza tę muzyczną opowieść w sposób możliwy jedynie w interaktywnym medium.
![]() |
| Obraz z gry "Last Day of June" |
![]() |
| Obraz z gry "Last Day of June" |
Ta gra właśnie jest o rozważaniach "co by było, gdyby" oraz jest też grą o godzeniu się ze swoim losem. Opowiada też o tym, jak bardzo nasze losy powiązane są z losami innych osób - czasem w zaskakujące sposoby.
![]() |
| Obraz z gry "Last Day of June" |
Gry potrafią być wyjątkowym medium przekazywania opowieści.
czwartek, 7 września 2017
Schematy, stereotypy, wampiry, gry i animacje aka "Ruchomy zamek Draculi"
Większość opowieści powiela określone, znane i lubiane schematy. Ludzie lubią takie opowieści czytać, oglądać. Największą sztuką jest takie powielenie schematu czy wykorzystanie pewnych stereotypów aby opowieść wydała się ciekawa.
Ja sam nie mam nic przeciwko schematom fabularnym, jeśli są wykorzystane w sposób twórczy, ciekawy.
Ostatnio obejrzałem miniserial animowany "Castlevania" (Netflixa). Skusił mnie tytuł (bardzo cenię gry z serii "Castlevania", szczególnie podserię "Lords of Shadow") oraz obietnice w wypowiedziach twórców, że serial będzie kręcony na poważnie, dla starszego widza.
Jednak wygląda na to, że ja już jestem zbyt starym widzem, ponieważ bardzo raziły mnie powielane schematy, klisze i stereotypy w tym serialu. Oglądając ten serial złapałem się na myśleniu, że animacje nie są odpowiednie dla starszego widza, bo są zbyt prymitywnie opowiadane - co nie jest prawdą (sam znam wiele znakomitych animacji).
Przyjrzyjmy się wykorzystanym kliszom w tym serialu:
Jedyne co zauważyłem dorosłego w tym filmie to pokazywanie krwi, brutalności i flaków chyba tylko dla samego gore - jak to ostatnio modne.
Jest możliwe, że zbyt dużo oczekiwałem po tym serialu, po tym jak grałem w serię "Castlevania: Lords of Shadow", która była jedną z najciekawszych i najoryginalniejszych opowieści o wampirach jakie miałem okazję poznać (obecnie stworzenie oryginalnej opowieści o wampirach nie jest łatwe). Główny bohater tej serii gier, Gabriel Belmont, jest fascynującą postacią, która walcząc ze złem, powoli staje się tym złem, z którym walczy. Jest to smutna i tragiczna postać. Zaś Zobek to wyjątkowy przeciwnik, który w pewnym sensie jest też mentorem protagonisty. Do tego znakomicie podkładany głos (Robert Carlyle, Patrick Stewart).
Podróż przez świat i opowieści tych 3 gier były fascynujące, wciągające i bardzo emocjonalne.
Wróćmy do tematu klisz i stereotypów - jak wcześniej pisałem korzystanie z nich to nie przewinienie. Można je przetworzyć w oryginalny sposób (jak gry "Lords of Shadow"), można je wydestylować tworząc coś na kształt hiperstereotypu. Wtedy opowieść czasem staje się metaopowieścią o stereotypach.
W ten sposób przetwarza stereotypy m. in. Quentin Tarantino, czego najbardziej jaskrawym przykładem jest "Kill Bill" (seria opowieści o zemście oparta na kliszach i stereotypach z kręgów kulturowych całego świata).
W grach tak wykorzystuje stereotypy i klisze np. Mortal Kombat - szczególnie część 1., gdzie mamy wzorcowego ninję, wzorcowego najemnika, wzorcowego mnicha pochodzenia chińskiego, wzorcową oficer wojskowych służb specjalnych itd. Jeśli spojrzymy na cechy i historię tych postaci w 1. części serii, to zobaczymy idealnie wydestylowane stereotypy z kultury popularnej końca lat 80 i początku lat 90. Do dziś ta seria jest wyjątkowym zwierciadłem pewnego wycinka popkultury i awangardą opowiadania historii w grach walki (ale to już temat na inny post).
Wracają do serialu "Castlevania" - niestety w tym serialu, twórcom starczyło sił tylko na dorysowanie dorosłej krwi i brutalności a zabrakło niestety na stworzenie znaczącej, w jakikolwiek sposób, dorosłej opowieści.
Mimo to, pamiętajmy że są gorsze filmy i seriale (np. "Nieśmiertelny 5. Źródło"). Obejrzenie serialu Castlevania nie jest kompletnie straconym czasem.
Ja sam nie mam nic przeciwko schematom fabularnym, jeśli są wykorzystane w sposób twórczy, ciekawy.
Ostatnio obejrzałem miniserial animowany "Castlevania" (Netflixa). Skusił mnie tytuł (bardzo cenię gry z serii "Castlevania", szczególnie podserię "Lords of Shadow") oraz obietnice w wypowiedziach twórców, że serial będzie kręcony na poważnie, dla starszego widza.
Jednak wygląda na to, że ja już jestem zbyt starym widzem, ponieważ bardzo raziły mnie powielane schematy, klisze i stereotypy w tym serialu. Oglądając ten serial złapałem się na myśleniu, że animacje nie są odpowiednie dla starszego widza, bo są zbyt prymitywnie opowiadane - co nie jest prawdą (sam znam wiele znakomitych animacji).
Przyjrzyjmy się wykorzystanym kliszom w tym serialu:
- Przedstawienie zamku Draculi przypominało "Ruchomy zamek Hauru". Niestety wygląd i działanie zamku, jako kroczącej, żyjącej machiny, w tym serialu było chyba tylko uzasadnieniem dla przedstawienia miejsc znanych z gier (mechanizmy jak z wieży zegarowej, gorące rury).
- Źli, zaślepieni biskupi i księża którzy tylko chcą palić kobiety oskarżając je o czary i konszachty z diabłem. Wszyscy bardzo płasko przedstawieni, bez głębszych motywacji.
- Wyklęty, zmęczony bohater, który na nowo musi znaleźć w sobie siłę i moc bohaterską. Na szczęście wystarcza jedno wydarzenie i jedna rozmowa by rozbudził swoją siłę, szlachetność i bohaterstwo.
- Nauka kontra wiara. Wiara niszcząca naukę bez powodu.
- Biedny Dracula mszczący się, bo zabito mu żonę, niestety bez realistycznych emocji.
Jedyne co zauważyłem dorosłego w tym filmie to pokazywanie krwi, brutalności i flaków chyba tylko dla samego gore - jak to ostatnio modne.
Jest możliwe, że zbyt dużo oczekiwałem po tym serialu, po tym jak grałem w serię "Castlevania: Lords of Shadow", która była jedną z najciekawszych i najoryginalniejszych opowieści o wampirach jakie miałem okazję poznać (obecnie stworzenie oryginalnej opowieści o wampirach nie jest łatwe). Główny bohater tej serii gier, Gabriel Belmont, jest fascynującą postacią, która walcząc ze złem, powoli staje się tym złem, z którym walczy. Jest to smutna i tragiczna postać. Zaś Zobek to wyjątkowy przeciwnik, który w pewnym sensie jest też mentorem protagonisty. Do tego znakomicie podkładany głos (Robert Carlyle, Patrick Stewart).
Podróż przez świat i opowieści tych 3 gier były fascynujące, wciągające i bardzo emocjonalne.
Wróćmy do tematu klisz i stereotypów - jak wcześniej pisałem korzystanie z nich to nie przewinienie. Można je przetworzyć w oryginalny sposób (jak gry "Lords of Shadow"), można je wydestylować tworząc coś na kształt hiperstereotypu. Wtedy opowieść czasem staje się metaopowieścią o stereotypach.
W ten sposób przetwarza stereotypy m. in. Quentin Tarantino, czego najbardziej jaskrawym przykładem jest "Kill Bill" (seria opowieści o zemście oparta na kliszach i stereotypach z kręgów kulturowych całego świata).
W grach tak wykorzystuje stereotypy i klisze np. Mortal Kombat - szczególnie część 1., gdzie mamy wzorcowego ninję, wzorcowego najemnika, wzorcowego mnicha pochodzenia chińskiego, wzorcową oficer wojskowych służb specjalnych itd. Jeśli spojrzymy na cechy i historię tych postaci w 1. części serii, to zobaczymy idealnie wydestylowane stereotypy z kultury popularnej końca lat 80 i początku lat 90. Do dziś ta seria jest wyjątkowym zwierciadłem pewnego wycinka popkultury i awangardą opowiadania historii w grach walki (ale to już temat na inny post).
Wracają do serialu "Castlevania" - niestety w tym serialu, twórcom starczyło sił tylko na dorysowanie dorosłej krwi i brutalności a zabrakło niestety na stworzenie znaczącej, w jakikolwiek sposób, dorosłej opowieści.
Mimo to, pamiętajmy że są gorsze filmy i seriale (np. "Nieśmiertelny 5. Źródło"). Obejrzenie serialu Castlevania nie jest kompletnie straconym czasem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




