I tak minęły kolejne 4 lata z filmową wizją Śródziemia - zakończone rozszerzoną wersją "Hobbita - Bitwa pięciu armii".
Ponownie, w mojej opinii, rozszerzona wersja jest znacznie lepsza od kinowej. Pamiętam, że rok temu, po wyjściu z kina z 3. częsci Hobbita byłem rozczarowany i znużony. Bitwa była męcząca - nudna i nieciekawa. A poza nią wiele więcej w tym filmie się nie działo.
Za to rozszerzoną wersję obejrzałem już z przyjemnością. Dodatkowe sceny dotyczyły głównie bitwy - była dłuższa. Ale to co zostało dodane to były sceny humorystyczne w trakcie bitwy, dzięki czemu ta długa sekwencja przestała być nużąca. Nudna i sztampowa siekanina stała się dzięki tym elementom przyjemna do oglądania. Szkoda, że te sceny nie trafiły do wersji kinowej.
Poza tym rozszerzona wersja jest bogatsza o kilka "merytorycznych" scen jak np. koronowanie nowego króla Ereboru na samym końcu filmu, które jak zwykle wzbogacają świat przedstawiony w filmie.
Dodatkową atrakcją są dodatki - 9 godzin! I te 9 godzin dodatków ogląda się z zaciekiewieniem. Oglądając je zastanawiałem się jak to możliwe, że do wielu filmów jest tylko np. 15 minut nudnych i beznadziejnych dodatków a do filmów Jacksona jest tego 9 godzin i są to naprawdę ciekawe reportaże!
wtorek, 8 grudnia 2015
czwartek, 8 października 2015
(Kosmiczne) science fiction - po obejrzeniu "Marsjanina"
Obejrzałem niedawno film "Marsjanin" Ridleya Scotta. Film mi się podobał. Ale nie o tym chciałem dziś napisać.
Chciałem napisać jak bardzo się cieszę, że w ostatnich czasach wraca do kin prawdziwe, porządne kosmiczne kino science-fiction. :-) Po wielu latach znów powstają ciekawe i inspirujące filmy tego gatunku. W niedawnym czasie można było obejrzeć "Grawitację", "Interstellar" a teraz "Marsjanina".
Cieszę się, ponieważ dobre kino science-fiction inspiruje młodych ludzi by zostawali naukowcami i inżynierami. By interesowali się nie tylko codziennością i przyziemnością ale patrzyli też w gwiazdy i myśleli o tym, ile jeszcze ludzie mogą w przyszłości osiągnąć. Tak dużo zostało jeszcze rzeczy do odkrycia.
Chciałem napisać jak bardzo się cieszę, że w ostatnich czasach wraca do kin prawdziwe, porządne kosmiczne kino science-fiction. :-) Po wielu latach znów powstają ciekawe i inspirujące filmy tego gatunku. W niedawnym czasie można było obejrzeć "Grawitację", "Interstellar" a teraz "Marsjanina".
Cieszę się, ponieważ dobre kino science-fiction inspiruje młodych ludzi by zostawali naukowcami i inżynierami. By interesowali się nie tylko codziennością i przyziemnością ale patrzyli też w gwiazdy i myśleli o tym, ile jeszcze ludzie mogą w przyszłości osiągnąć. Tak dużo zostało jeszcze rzeczy do odkrycia.
niedziela, 27 września 2015
Final Fantasy XIV: Heavensward - opinia pożeracza fabuł
Czemu lubię gry cRPG? Za fabuły, spokojne, odprężające tempo gry i elementy taktyczno-strategiczne.
Wiele razy się zastanawiałem, dlaczego niektóre gry cRPG uważam za dobrze napisane a inne nie. Przez pewien czas myślałem, że lepiej pod tym względem wypadają gdy, które nie są liniowe i zależnie od decyzji, gra może się skończyć w różny sposób. Jednak to tak naprawdę nie ma znaczenia. Liniowość fabularna o niczym nie świadczy co sobie uświadomiłem grając w "Heavensward".
Większość gier cRPG bazuje na sprawdzonych stereotypach. Najważniejsze jest jak twórcy wykorzystali te stereotypy i czy mimo ich wykorzystania potrafią zaciekawić. I muszę przyznać, że autorzy fabuły "FF XIV: Heavensward" znakomicie sobie z tym poradzili. Jako kontrprzykład można podać "Dragon Age II" - gra nieliniowa, w gruncie ciekawa ale przeraźliwie sztampowa - ani razu jej twórcy nie wyszli poza sprawdzone stereotypy ani ich nie wykorzystali w zaskakujący sposób.
SPOILER ALERT (uwaga możliwe spoilery)
W tej grze mamy wiele stereotypowych motywów: smoki złe i dobre, zdrada zazdrosnych ludzi o smocze moce, przywódcy religijni okłamujący lud dla ich "dobra" itd. Wydaje się, że nie może w tym być niczego ciekawego, a jednak już wielokrotnie się myliłem (szacuję, że jestem w 2/3 fabuły). Każdy z tych motywów został wykorzystany jednocześnie w stereotypowy sposób i jednocześnie stworzono zaskakujące zwroty akcji. W dodatku są to logiczne i sensowne zwroty akcji - nic zrobionego na siłę. Wszystko spójnie wynika z przedstawionego świata. Mam już za sobą wiele pamiętnych scen, z których przytoczę trzy.
W tym świecie, bóstwa można przywołać wiarą. Wystarczy duża wiara w połączeniu z charakterystyczną dla tego świata energią (aether). To co jest ciekawe w tym, to że przywołane bóstwo nie jest prawdziwe - jest tylko projekcją wierzeń swoich wyznawców. I jest taka bardzo dobra scena, w której osobie, która przywołała jedno z tych bóstw uświadamia się tą prawdę - to nie jest prawdziwe bóstwo, tylko projekcja Twoich wierzeń. Takie zdarzenie fabularnie drastycznie zmienia bohatera.
Inna dobra scena, w której nasze dotychczasowe spojrzenie na smoki i ich rozróżnianie na dobre (lubiące humanoidów) i złe (mściwe) okazuje się naiwne. W wielu książkach i filmach jeśli się przedstawia jakiś obcy gatunek to najczęściej tylko się opowiada o tym jaki jest inny. A w gruncie rzeczy okazuje się on niewiele różnić od ludzi. Tutaj jest scena rozmowy z "dobrym" smokiem, w której gracz uświadamia sobie, że smoki rzeczywiści nie są jak ludzie. Są smokami, myślą inaczej, postępują inaczej a ich etyka nie przystaje do ludzkich miar.
Ostatnia ze scen, które ostatnio zrobiły na mnie duże wrażenie to scena przemowy złego bohatera. Taka klasyczna stereotypowa scena, w której naiwny dobry bohater chce przemówić do rozsądku złemu i mającemu władzę a w zamian dostaje kontrprzemowę, najczęściej przy okazji zdradzającą niecny plan. To co się nieczęsto udaje w takich scenach, to tak napisać tę przemowę złego bohatera, by nie wydał się on zaślepionym swoją wizją człowiekiem a człowiekiem mającym świadomość swojego "złego" (nie idealnego) postępowania, przedstawiał argumenty, które mają sens i z którymi właściwie się można zgodzić. To się też udało w tej grze.
Podsumowując, dla mnie, pożeracza fabuł, ta gra jest miłym zaskoczeniem. Fabularnie wyróżnia się pozytywnie nie tylko na tle innych MMORPG ale cRPG w ogólności. Grając w nią jestem naprawdę ciekaw jak się dalej potoczy jej akcja.
Wiele razy się zastanawiałem, dlaczego niektóre gry cRPG uważam za dobrze napisane a inne nie. Przez pewien czas myślałem, że lepiej pod tym względem wypadają gdy, które nie są liniowe i zależnie od decyzji, gra może się skończyć w różny sposób. Jednak to tak naprawdę nie ma znaczenia. Liniowość fabularna o niczym nie świadczy co sobie uświadomiłem grając w "Heavensward".
Większość gier cRPG bazuje na sprawdzonych stereotypach. Najważniejsze jest jak twórcy wykorzystali te stereotypy i czy mimo ich wykorzystania potrafią zaciekawić. I muszę przyznać, że autorzy fabuły "FF XIV: Heavensward" znakomicie sobie z tym poradzili. Jako kontrprzykład można podać "Dragon Age II" - gra nieliniowa, w gruncie ciekawa ale przeraźliwie sztampowa - ani razu jej twórcy nie wyszli poza sprawdzone stereotypy ani ich nie wykorzystali w zaskakujący sposób.
SPOILER ALERT (uwaga możliwe spoilery)
W tej grze mamy wiele stereotypowych motywów: smoki złe i dobre, zdrada zazdrosnych ludzi o smocze moce, przywódcy religijni okłamujący lud dla ich "dobra" itd. Wydaje się, że nie może w tym być niczego ciekawego, a jednak już wielokrotnie się myliłem (szacuję, że jestem w 2/3 fabuły). Każdy z tych motywów został wykorzystany jednocześnie w stereotypowy sposób i jednocześnie stworzono zaskakujące zwroty akcji. W dodatku są to logiczne i sensowne zwroty akcji - nic zrobionego na siłę. Wszystko spójnie wynika z przedstawionego świata. Mam już za sobą wiele pamiętnych scen, z których przytoczę trzy.
W tym świecie, bóstwa można przywołać wiarą. Wystarczy duża wiara w połączeniu z charakterystyczną dla tego świata energią (aether). To co jest ciekawe w tym, to że przywołane bóstwo nie jest prawdziwe - jest tylko projekcją wierzeń swoich wyznawców. I jest taka bardzo dobra scena, w której osobie, która przywołała jedno z tych bóstw uświadamia się tą prawdę - to nie jest prawdziwe bóstwo, tylko projekcja Twoich wierzeń. Takie zdarzenie fabularnie drastycznie zmienia bohatera.
Inna dobra scena, w której nasze dotychczasowe spojrzenie na smoki i ich rozróżnianie na dobre (lubiące humanoidów) i złe (mściwe) okazuje się naiwne. W wielu książkach i filmach jeśli się przedstawia jakiś obcy gatunek to najczęściej tylko się opowiada o tym jaki jest inny. A w gruncie rzeczy okazuje się on niewiele różnić od ludzi. Tutaj jest scena rozmowy z "dobrym" smokiem, w której gracz uświadamia sobie, że smoki rzeczywiści nie są jak ludzie. Są smokami, myślą inaczej, postępują inaczej a ich etyka nie przystaje do ludzkich miar.
Ostatnia ze scen, które ostatnio zrobiły na mnie duże wrażenie to scena przemowy złego bohatera. Taka klasyczna stereotypowa scena, w której naiwny dobry bohater chce przemówić do rozsądku złemu i mającemu władzę a w zamian dostaje kontrprzemowę, najczęściej przy okazji zdradzającą niecny plan. To co się nieczęsto udaje w takich scenach, to tak napisać tę przemowę złego bohatera, by nie wydał się on zaślepionym swoją wizją człowiekiem a człowiekiem mającym świadomość swojego "złego" (nie idealnego) postępowania, przedstawiał argumenty, które mają sens i z którymi właściwie się można zgodzić. To się też udało w tej grze.
Podsumowując, dla mnie, pożeracza fabuł, ta gra jest miłym zaskoczeniem. Fabularnie wyróżnia się pozytywnie nie tylko na tle innych MMORPG ale cRPG w ogólności. Grając w nią jestem naprawdę ciekaw jak się dalej potoczy jej akcja.
czwartek, 3 września 2015
Muzyka Final Fantasy XIV
Jestem w trakcie słuchania drugiego albumu z muzyką z "Final Fantasy XIV - A Realm Reborn". Nie będę ukrywał, że w ogólności bardzo lubię tę serię gier i muzykę z większości części.
Za najciekawsze ścieżki dźwiękowe uważam te z części XIII-2 i XIII-3 oraz właśnie z części XIV. Doceniam jeśli muzyka nie jest sztampowa i monotonna. Uwielbiam gdy zgrabnie i ciekawie łączy wiele stylów muzycznych, jednocześnie tworząc spójną przestrzeń muzyczną i spójny klimat. A właśnie muzyka z tych części taka jest.
Skupiając się na muzyce z FF XIV - uwielbiam te różne style - od utworów brzmiących jak symfoniczne suity z pełną orkiestrą i chórami po mocne metalowe brzmienie. Jednocześnie każda melodia jest wpisana w kulturę narodu/miejsca w świecie gry, z którą jest powiązana. Do tego tę ścieżkę dźwiękową cechuje dodatkowa spójność sytuacyjna, np. muzyka, którą słyszy się w trakcie walk z primalami, ma określony odrębny styl jednocześnie będąc bardzo inną dla każdego z primali.
Jest to wspaniała ścieżka dźwiękowa (obecnie już jest to ok. 12 godzin muzyki!), która dodatkowo została bardzo dobrze wydana na płytach Blu-Ray. Słucha się ją wspaniale. Przede mną jeszcze wiele godzin słuchania, które z braku czasu muszę rozłożyć na kilka dni. Ale nie mogę się doczeka już następnej mojej sesji słuchania - bardzo odpręża mnie kontakt z tak piękną i ciekawą muzyką.
Za całokształt muzyki w FF XIV a w szczególności aranżację i dużą część kompozycji odpowiada Masayoshi Soken.
Za najciekawsze ścieżki dźwiękowe uważam te z części XIII-2 i XIII-3 oraz właśnie z części XIV. Doceniam jeśli muzyka nie jest sztampowa i monotonna. Uwielbiam gdy zgrabnie i ciekawie łączy wiele stylów muzycznych, jednocześnie tworząc spójną przestrzeń muzyczną i spójny klimat. A właśnie muzyka z tych części taka jest.
Skupiając się na muzyce z FF XIV - uwielbiam te różne style - od utworów brzmiących jak symfoniczne suity z pełną orkiestrą i chórami po mocne metalowe brzmienie. Jednocześnie każda melodia jest wpisana w kulturę narodu/miejsca w świecie gry, z którą jest powiązana. Do tego tę ścieżkę dźwiękową cechuje dodatkowa spójność sytuacyjna, np. muzyka, którą słyszy się w trakcie walk z primalami, ma określony odrębny styl jednocześnie będąc bardzo inną dla każdego z primali.
Jest to wspaniała ścieżka dźwiękowa (obecnie już jest to ok. 12 godzin muzyki!), która dodatkowo została bardzo dobrze wydana na płytach Blu-Ray. Słucha się ją wspaniale. Przede mną jeszcze wiele godzin słuchania, które z braku czasu muszę rozłożyć na kilka dni. Ale nie mogę się doczeka już następnej mojej sesji słuchania - bardzo odpręża mnie kontakt z tak piękną i ciekawą muzyką.
Za całokształt muzyki w FF XIV a w szczególności aranżację i dużą część kompozycji odpowiada Masayoshi Soken.
poniedziałek, 6 lipca 2015
Open'er 2015
W tym roku nie miałem czasu by pisać festiwalową relacją z każdego dnia z osobna, więc napiszę tylko krótkie podsumowanie z mojego ładowania baterii i słuchania muzyki na Open'erze.
Z koncertów, na których byłem muzycznie najbardziej urzekli mnie Of Monsters And Man (mnóstwo słonecznej radości) oraz Julia Marcell. Najlepsze show dał Kasabian - nie tylko było efektownie (bardzo efektowna gra światłem i laserami) ale również publiczność się znakomicie bawiła i skakała (nawet Ci bardzo daleko od sceny).
Inne dobre koncerty, które słuchałem i widziałem - w kolejności chronologicznej: Modest Mouse, Father John Misty, Dakh Daughters, Tom Odell, Eagles of Death Metal, The Libertines, The Vaccines, Jonny Greenwood & LCO, Mumford and Sons, D'Angelo & The Vanguard, Nervy, Lao Che, Hozier. Na liście brak Prodigy - widziałem, ale nigdy nie przepadałem zbytnio za ich muzyką.
A do koszmarów muzycznych, z których szybko uciekłem należały m. in. Drake, Major Lazer oraz kilka innych, których nawet nie raczyłem zapamiętać tylko ominąłem szerokim łukiem.
Festiwal organizacyjnie wypadł znakomicie, jak z resztą od wielu lat. Pogoda dopisała wyjątkowo dobrze i jak zwykle była to znakomita okazja dla mnie by posłuchać i zobaczyć co dzieje się obecnie w muzyce - na co dzień nie mam niestety czasu by to śledzić tak jak dawniej.
Z koncertów, na których byłem muzycznie najbardziej urzekli mnie Of Monsters And Man (mnóstwo słonecznej radości) oraz Julia Marcell. Najlepsze show dał Kasabian - nie tylko było efektownie (bardzo efektowna gra światłem i laserami) ale również publiczność się znakomicie bawiła i skakała (nawet Ci bardzo daleko od sceny).
Inne dobre koncerty, które słuchałem i widziałem - w kolejności chronologicznej: Modest Mouse, Father John Misty, Dakh Daughters, Tom Odell, Eagles of Death Metal, The Libertines, The Vaccines, Jonny Greenwood & LCO, Mumford and Sons, D'Angelo & The Vanguard, Nervy, Lao Che, Hozier. Na liście brak Prodigy - widziałem, ale nigdy nie przepadałem zbytnio za ich muzyką.
A do koszmarów muzycznych, z których szybko uciekłem należały m. in. Drake, Major Lazer oraz kilka innych, których nawet nie raczyłem zapamiętać tylko ominąłem szerokim łukiem.
Festiwal organizacyjnie wypadł znakomicie, jak z resztą od wielu lat. Pogoda dopisała wyjątkowo dobrze i jak zwykle była to znakomita okazja dla mnie by posłuchać i zobaczyć co dzieje się obecnie w muzyce - na co dzień nie mam niestety czasu by to śledzić tak jak dawniej.
sobota, 11 października 2014
Pułapka nadmiaru
Od kiedy Internet stał się łatwo dostępny i szybki zauważyłem, że wielu moich znajomych wpadło w pułapkę cyfrowego konsumpcjonizmu. Już wiele lat temu znałem osoby, które licytowały się, ile to ściągnęli (mają) filmów, albumów muzycznych, gier czy książek.
Zauważyłem też, z rozmów z tymi osobami, że w wyniku wpadnięcia w pułapkę nadmiaru nie są w ogóle w stanie się cieszyć tymi filmami, muzyką itd. Korzystają z nich na zasadzie próbki lub tła ciągle przełączając na kolejny utwór, kolejny film zamiast przeżyć porządnie te dzieła i się nimi cieszyć.
Zatem co z tego, że ma się tak dużo muzyki, gier, filmów skoro nie jest się w stanie tego wszystkiego należycie skonsumować i nie potrafi się tym cieszyć? Podświadoma (najprawdopodobniej) potrzeba skonsumowania wszystkiego powoduje ciągłą wewnętrzną potrzebę by szybciej i szybciej wszystko brać i konsumować. Zaczynają słuchać/oglądać/grać w jedną rzecz a w tym czasie jakiś wewnętrzny głos mówi im, że ta następna na pewno będzie lepsza. Więc to czym się teraz zajmują przestaje im się podobać a możliwe, że gdyby nie mieli tak ogromnej kolejki rzeczy do zrobienia to znaleźli by w tym co robią radość i satysfakcję.
Nie mam wykształcenia psychologicznego więc to tylko takie gdybanie poparte własnym doświadczeniem: wiele lat temu zdarzyło mi się kupić jednocześnie dwa (tak tylko dwa) albumy mojego ulubionego kompozytora, których wcześniej nie znałem. Podekscytowany wróciłem do domu i włączyłem pierwszy z nich. Pamiętam to uczucie zniecierpliwienia i nieuzasadnionej niechęci do pierwszej z płyt, której słuchałem. Nie mogłem się doczekać kiedy się skończy by zacząć słuchać następnej. Tygodnie później okazało się, że ta pierwsza płyta, której końca nie mogłem się doczekać, stała się jedną z moich najbardziej lubianych płyt Oldfielda. Nawet tak niewielki nadmiar rzeczy do wysłuchania popsuł moją całą radość ze słuchania tej muzyki i przeżywania jej. Od tamtego czasu staram się nie kupować więcej niż jednej płyty na raz - czy to z filmem, czy muzyką. Podobnie z książkami - przestałem je kupować na zapas, bo zauważyłem, że im więcej mam czekających na półce i nieprzeczytanych książek tym wolniej je czytam.
Inną sytuację mam jeśli chodzi o gry - ze względu na subskrypcję Playstation Plus (wyliczyłem, że uwzględniając moje możliwości konsumpcyjne i tak jest opłacalna) mam duży nadmiar gier (co miesiąc co najmniej 2 nowe gry). Mimo to wysiłkiem woli zachowuję się jakbym tych wszystkich gier nie miał. Wybieram 3-4 gier, różnych gatunków, w które w danym momencie gram i które przechodzę do końca. Zachowuję się tak, jakbym wcale nie miał tych wszystkich pozostałych gier, nie kupuję na zapas na zniżkach kolejnych, w które chciałbym pograć. "Kupuję" (wybieram z już posiadanych gier) w takim tempie w jakim jestem w stanie te rzeczy skonsumować lub ignoruję te otrzymane w subskrypcji gry i kupuję to w co naprawdę chcę grać.
Nie będę ukrywał, że czasami jest to trudne bo przychodzą mi do głowy myśli: "mam tyle fajnych gier, które na pewno będą ciekawe. Muszę szybciej je konsumować, bo inaczej mi czasu i życia nie starczy na wszystko." Wtedy sobie przypominam opisaną wcześniej sytuację z dwoma albumami Oldfielda i popsutą sesję słuchania. Uspokajam się i powtarzam sobie: "i co z tego, że mam te gry. Jak przyjdzie odpowiednia pora i czas to w nie zagram. A nawet jeśli nie zagram w nie to co z tego. Jest mnóstwo ciekawych i fascynujących rzeczy na świecie, które chcę poznać naprawdę i cieszyć się nimi. Przecież nie warto znać dużo ale tylko pobieżnie i nie mieć z tego radości. Nie chcę żyć w pułapce przymusu nadmiarowej konsumpcji".
Nie zamierzam oceniać postępowania ludzi, którzy w taki fragmentaryczny sposób konsumują ludzką twórczość, ludzką kulturę. Mnie osobiście tego typu postawy smucą. Wiem tylko, że ja chcę dokańczać podróże z bohaterami filmów, książek i gier (chyba, że są totalnie odpychające mnie z jakiś powodów). Chcę przeżywać jak najpełniej muzykę, filmy, książki, gry. Chcę się cieszyć piękną i niesamowitą twórczością innych ludzi. Jest to mój świadomy wybór.
Zauważyłem też, z rozmów z tymi osobami, że w wyniku wpadnięcia w pułapkę nadmiaru nie są w ogóle w stanie się cieszyć tymi filmami, muzyką itd. Korzystają z nich na zasadzie próbki lub tła ciągle przełączając na kolejny utwór, kolejny film zamiast przeżyć porządnie te dzieła i się nimi cieszyć.
Zatem co z tego, że ma się tak dużo muzyki, gier, filmów skoro nie jest się w stanie tego wszystkiego należycie skonsumować i nie potrafi się tym cieszyć? Podświadoma (najprawdopodobniej) potrzeba skonsumowania wszystkiego powoduje ciągłą wewnętrzną potrzebę by szybciej i szybciej wszystko brać i konsumować. Zaczynają słuchać/oglądać/grać w jedną rzecz a w tym czasie jakiś wewnętrzny głos mówi im, że ta następna na pewno będzie lepsza. Więc to czym się teraz zajmują przestaje im się podobać a możliwe, że gdyby nie mieli tak ogromnej kolejki rzeczy do zrobienia to znaleźli by w tym co robią radość i satysfakcję.
Nie mam wykształcenia psychologicznego więc to tylko takie gdybanie poparte własnym doświadczeniem: wiele lat temu zdarzyło mi się kupić jednocześnie dwa (tak tylko dwa) albumy mojego ulubionego kompozytora, których wcześniej nie znałem. Podekscytowany wróciłem do domu i włączyłem pierwszy z nich. Pamiętam to uczucie zniecierpliwienia i nieuzasadnionej niechęci do pierwszej z płyt, której słuchałem. Nie mogłem się doczekać kiedy się skończy by zacząć słuchać następnej. Tygodnie później okazało się, że ta pierwsza płyta, której końca nie mogłem się doczekać, stała się jedną z moich najbardziej lubianych płyt Oldfielda. Nawet tak niewielki nadmiar rzeczy do wysłuchania popsuł moją całą radość ze słuchania tej muzyki i przeżywania jej. Od tamtego czasu staram się nie kupować więcej niż jednej płyty na raz - czy to z filmem, czy muzyką. Podobnie z książkami - przestałem je kupować na zapas, bo zauważyłem, że im więcej mam czekających na półce i nieprzeczytanych książek tym wolniej je czytam.
Inną sytuację mam jeśli chodzi o gry - ze względu na subskrypcję Playstation Plus (wyliczyłem, że uwzględniając moje możliwości konsumpcyjne i tak jest opłacalna) mam duży nadmiar gier (co miesiąc co najmniej 2 nowe gry). Mimo to wysiłkiem woli zachowuję się jakbym tych wszystkich gier nie miał. Wybieram 3-4 gier, różnych gatunków, w które w danym momencie gram i które przechodzę do końca. Zachowuję się tak, jakbym wcale nie miał tych wszystkich pozostałych gier, nie kupuję na zapas na zniżkach kolejnych, w które chciałbym pograć. "Kupuję" (wybieram z już posiadanych gier) w takim tempie w jakim jestem w stanie te rzeczy skonsumować lub ignoruję te otrzymane w subskrypcji gry i kupuję to w co naprawdę chcę grać.
Nie będę ukrywał, że czasami jest to trudne bo przychodzą mi do głowy myśli: "mam tyle fajnych gier, które na pewno będą ciekawe. Muszę szybciej je konsumować, bo inaczej mi czasu i życia nie starczy na wszystko." Wtedy sobie przypominam opisaną wcześniej sytuację z dwoma albumami Oldfielda i popsutą sesję słuchania. Uspokajam się i powtarzam sobie: "i co z tego, że mam te gry. Jak przyjdzie odpowiednia pora i czas to w nie zagram. A nawet jeśli nie zagram w nie to co z tego. Jest mnóstwo ciekawych i fascynujących rzeczy na świecie, które chcę poznać naprawdę i cieszyć się nimi. Przecież nie warto znać dużo ale tylko pobieżnie i nie mieć z tego radości. Nie chcę żyć w pułapce przymusu nadmiarowej konsumpcji".
Nie zamierzam oceniać postępowania ludzi, którzy w taki fragmentaryczny sposób konsumują ludzką twórczość, ludzką kulturę. Mnie osobiście tego typu postawy smucą. Wiem tylko, że ja chcę dokańczać podróże z bohaterami filmów, książek i gier (chyba, że są totalnie odpychające mnie z jakiś powodów). Chcę przeżywać jak najpełniej muzykę, filmy, książki, gry. Chcę się cieszyć piękną i niesamowitą twórczością innych ludzi. Jest to mój świadomy wybór.
sobota, 16 sierpnia 2014
Leniwi krytycy, leniwi kulturoznawcy - a może niekompetentni?
Często, kiedy czytam recenzje zawodowych krytyków albo kulturoznawców niejednokrotnie zastanawiam się, jak bardzo te osoby są niekompetentne. Wiele recenzji jest oznaką wybitnej ignorancji i niezrozumienia filmu/ksiązki/... Ale jak to możliwe? Wielu z nich jest bardzo dobrze wykształcona i pewnie jest w stanie opisać ze szczegółami każdy element starego dzieła czy filmu i przedstawić "intencje" ich twórców. A potem okazuje się, że nie potrafią tego zrobić, że współczesnym filmem/książką.
Przychodzi mi do głowy następujące wyjaśnienie: Ci krytycy lub kulturoznawcy są po prostu leniwi. Myślą, że jeśli mają w głowie ogromną wiedzę to nie muszą się przygotować do obejrzenia nowego filmu lub przeczytania nowej książki. Nic bardziej mylnego.
Moja rada dla tych ludzi jest taka: idąc ko kina na film (skupię się na filmach od tego momentu) dowiedz się najpierw co chciał nakręcić reżyser, jaki typ filmu. Nie zakładaj, że chciał nakręcić Twoje wyobrażenie o danym temacie (najczęstszy błąd). Nie zakładaj, że wiesz więcej od Twórcy: to co może Ci się wydawać błędami lub np. historycznymi lub kulturowymi nieścisłościami, błędami czy uproszczeniami najczęściej jest świadomą decyzją twórcą i tak naprawdę środkiem artystycznym służącym przybliżeniu opowieści współczesnemu odbiorcy. Artyści robią to od wieków - adaptacja opowieści "historycznych" do czasów ówczesnych artyście.
Jak już film wyjdzie na DVD czy BD obejrzyj reportaże i wypowiedzi twórców zamiast przez lata trąbić o głupich i niezrozumiałych decyzjach reżysera. One najczęściej mają głęboko przemyślane i logiczne uzasadnienie.
Jakby krytycy częściej stosowali się do powyższych zaleceń, jestem przekonany że ich wypowiedzi nie cechowałyby się tak często arogancją i pychą wszechwiedzy oraz ewidentną ignorancją i lenistwem.
Przychodzi mi do głowy następujące wyjaśnienie: Ci krytycy lub kulturoznawcy są po prostu leniwi. Myślą, że jeśli mają w głowie ogromną wiedzę to nie muszą się przygotować do obejrzenia nowego filmu lub przeczytania nowej książki. Nic bardziej mylnego.
Moja rada dla tych ludzi jest taka: idąc ko kina na film (skupię się na filmach od tego momentu) dowiedz się najpierw co chciał nakręcić reżyser, jaki typ filmu. Nie zakładaj, że chciał nakręcić Twoje wyobrażenie o danym temacie (najczęstszy błąd). Nie zakładaj, że wiesz więcej od Twórcy: to co może Ci się wydawać błędami lub np. historycznymi lub kulturowymi nieścisłościami, błędami czy uproszczeniami najczęściej jest świadomą decyzją twórcą i tak naprawdę środkiem artystycznym służącym przybliżeniu opowieści współczesnemu odbiorcy. Artyści robią to od wieków - adaptacja opowieści "historycznych" do czasów ówczesnych artyście.
Jak już film wyjdzie na DVD czy BD obejrzyj reportaże i wypowiedzi twórców zamiast przez lata trąbić o głupich i niezrozumiałych decyzjach reżysera. One najczęściej mają głęboko przemyślane i logiczne uzasadnienie.
Jakby krytycy częściej stosowali się do powyższych zaleceń, jestem przekonany że ich wypowiedzi nie cechowałyby się tak często arogancją i pychą wszechwiedzy oraz ewidentną ignorancją i lenistwem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)