Oglądając nowy sezon „Star Trek: Discovery” uświadomiłem sobie, że „główne” seriale tej serii są utopiami - z których każdy jest utopią dostosowaną do czasów, w których powstawał.
Zanim napiszę dlaczego tak uważam muszę jednak wyjaśnić, które seriale uważam jako „główne” - są to seriale rozpoczynające nowe „Star Trekowe” epoki ich powstawania czyli „Star Trek: The Original Series”, „Star Trek: The Next Generation” i „Star Trek: Discovery”.
Zaczynając od najstarszego, TOS, była to utopia, która powstała w czasach, w których świat żył w cieniu zimnej wojny, kraje i społeczeństwa były bardzo narodowe a rasizm ciągle (w USA) był na porządku dziennym (mam nadzieję, że dziś jest choć trochę lepiej). Ten serial łączył ludzi różnego pochodzenia i płci na mostku, wszystkich traktując z równym szacunkiem i jako osoby o równym potencjale. Była to utopia Ziemi zjednoczonej - bez ksenofobii, bez nienawiści wobec obcych.
20 lat później powstaje TNG. Świat jest trochę inny, ludzie się trochę rozwinęli. TNG zatem stała się nową, inną utopią. Utopią, w której ludzie nie żyją wykorzystywani przez niczym nieskrępowany kapitalizm. Dzięki w praktyce nieograniczonemu źródłu energii ludzie wyeliminowali biedę na Ziemi i mogą się rozwijać pracując i tworząc dla innych, w praktyce bezinteresownie. Jest to utopia samorozwoju jednostek ludzkich. Tego, że każdy w sobie ma siłę a do tego ma warunki by robić coś dla innych z własnej woli, z własnej potrzeby. I patrząc wstecz, widzę, że jest to przede wszystkim rozwój intelektualny, umiejętności.
Po z grubsza kolejnych 20 latach od zakończenia TNG powstaje „Discovery”, a dokładniej jego 3. i 4. sezon (pierwsze 2 są w innym stylu), który jest kolejną, nową utopią. Jest to utopia, w której ludzie są osobami wysoce wrażliwymi a do tego nie wstydzą się i nie muszą wstydzić się swojej wrażliwości. Otwarcie wyrażają swoją wrażliwość - każdy inną i w inny sposób - a co najważniejsze nawzajem opiekują się swoimi wrażliwościami i starają się nawzajem zrozumieć. Bez narzucenia innym swoich punktów widzenia, bez krytykowania sposobu odczuwania i widzenia świata przez innych. Kolejna utopia, kolejne poszukiwanie sposobu na to by ludzie byli lepsi dla siebie nawzajem i szczęśliwsi.
Danny Boyle jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Bardzo lubię sposób w jaki filmuje opowieści, rozumiem jego wrażliwość filmową - obraz, dobierana muzyka, sposób opowiadania.
Po obejrzeniu filmu "Yesterday" nie dziwię się, że chciał sfilmować ten scenariusz. Pomysł prosty i zabawny: usunąć ze świata jakiś (jakieś) element(-y) w taki sposób, że tylko główny bohater lub niewielka liczba osób wie, że czegoś brakuje. Wariacji tego pomysłu powstało już wiele: z takiego pomysłu można stworzyć komedię albo horror, albo film s-f itd. Z różnych wcześniejszych iteracji, utkwił mi w głowie jeden film: "Było sobie kłamstwo" - tam jedna osoba na świecie znała kłamstwo (potrafiła kłamać) a inne nie. Tamten film też był komedią.
Zarówno w film "Yesterday" jak i "Było w sobie kłamstwo" mają mnóstwo humoru - humoru opartego na szczerości i dystansie do siebie. Akceptowania tego, że świat i życie jest często tak absurdalne, że pozostaje tylko z tego się śmiać. Nawet jeśli jest to śmiech trochę przez łzy. Nawet jeśli to co śmieszne nas boli. Mi osobiście bardzo odpowiada takie szczere poczucie humoru. Pozwala na poczynienie wielu ciekawych
obserwacji na temat współczesnego świata, społeczeństwa i ludzi.
Oglądając filmy Danny'ego Boyle'a i wiedząc, że reżyserując ceremonię otwarcia Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku zaprosił tam m. in. Mike'a Oldfielda, mogę podejrzewać, że jego wrażliwość muzyczna nie jest daleka od mojej. Ja też uważam, że świat bez Beatlesów byłby smutniejszy i gorszy a muzyka dzisiejsza bez nich na pewno nie byłaby taka sama. Zatem jest ten film jednocześnie hołdem dla tego zespołu. Hołdem, który przypomina najwspanialsze piosenki Beatlesów. Przypomina też miejsca, które inspirowały Beatlesów do ich napisania, m. in. piękna scena, gdy główny bohater odwiedza Liverpool, by sobie lepiej przypomnieć słowa piosenek, by móc poczuć o czym ma śpiewać.
Bardzo podoba mi się też szczery wątek dotyczący czym tak naprawdę jest świat wielkiej muzyki: jest przede wszystkim światem biznesu, nakierowanym na zarabianie pieniędzy i tworzenie produktu, który w tym przypadku jest czymś więcej niż kolejną rzeczą na półce w sklepie. Jest muzyką, która wpływa też na dusze milionów (miliardów) ludzi. A aby tworzyć naprawdę piękną muzykę trzeba mieć w sobie coś więcej, trzeba mieć w sobie ten nieuchwytny talent.
Wspaniale zostało to przedstawione w tym filmie, zarówno w postaci głównego bohatera, który pomimo swojej miłości do muzyki tego talentu nie ma wiele, jak i bogatej producentki, której rozbrajająca szczerość powoduje, że była dla mnie sympatyczna, pomimo jej celów ukierunkowanych wyłącznie na zarabianie i niezbyt przyjemny charakter.
Wspaniałym pomysłem było też umieszczenie w filmie postaci Eda Sheerana, który grał tam samego siebie. Scena, w której dobrze znany i do tego jeden z najlepszych współczesnych muzyków gra siebie i poprawia piosenki Beatlesów (których w filmie nie zna) jest po prostu znakomita. Wszystkie pozostałe sceny z Sheeranem też są znakomite: on jako koncertujący artysta czy też po prostu zwykły człowiek, który wypatrzył "talent" słysząc po raz pierwszy jedną z klasycznych piosenek zespołu z Liverpoolu.
W filmie nie zabrakło też wątku miłosnego, który jest jednym z najbardziej sympatycznych i ciepłych wątków miłosnych jakie widziałem ostatnio w kinie.
I na koniec jeszcze umiejętności reżyserskie Danny'ego Boyle'a oraz aktorów. Film jest znakomicie i wspaniale zagrany. Jest pełen pięknych ujęć: zarówno tych w poetyce realistycznej jak i symbolicznej. Bardzo lubię ten styl opowiadania w filmach Boyle'a - to jak przedstawia alternatywne stany umysłu, wizje w postaci ujęć z idealnie dobranym gradowaniem kolorów, czy zniekształceniami obrazu, czy symbolicznymi ujęciami, obrazami czy nawet latającymi napisami itd.
Będę teraz z niecierpliwością czekał wydania filmu na Blu-Ray aby móc go jeszcze wiele razy obejrzeć. I mam nadzieję, że będzie też na płycie wiele dodatków, bo fascynuje i intryguje mnie proces twórczy, który przyczynił się do powstania tego filmu. Filmu, który jest mi bliski na wielu poziomach i bardzo mi się podobał
Serial "Amerykańscy bogowie" zachwycił mnie od pierwszych odcinków. Tak bardzo różnił się od wszystkich pozostałych, które w ostatnim czasie oglądałem. Różnił się zarówno treścią jak i wizualnie. Jest to serial pełen znaczeń i wspaniałej zabawy w rozpoznawanie odniesień do różnych mitologii. Wspaniały serial dla erudyty ale nie tylko. Po prostu im więcej się zna mitologii różnych regionów świata tym lepiej można ocenić i docenić bohaterów tego serialu. Do tego jest przepiękny i oszałamiający wizualnie, i wspaniale zagrany: Ian McShane jako "Pan Środa" jest niesamowity i genialny. Lecz nie tylko on. W pamięci też zostają znakomicie zagrane role Laury Moon (Emily Browning), Mad Sweeney (Pablo Schreiber) czy Technicznegp Chłopica (Bruce Langley) i nie tylko te! Prawie wszyscy aktorzy prezentują znakomite, popisowe i zapadające w pamięć aktorstwo.
(uwaga mogą być spoilery)
"Amerykańscy Bogowie" to adaptacja powieści Neila Gaimana pod tym samym tytułem. Nie jest to bardzo wierna adaptacja (celowo!). Można powiedzieć, że jest zaktualizowana względem książki, która została napisana 18 lat wcześniej. Od razu chcę zaznaczyć, że moje wrażenia i opinie dotyczące serialu nie będą w żaden sposób odnosić się do powieści. Traktuję serial jako dzieło niezależne.
Serial opowiada o tym jak kolejni ludzie, którzy przybywali do Ameryki (w znaczeniu USA) przywozili ze sobą swoich bogów: Odyn, Bilquis, Ibis, Czernobog, Anubis, Anansi, Wiosna, Jezus(-owie)... Bogowie z czasem się zmieniali i dostosowywali do zmieniających czasów. Jednocześnie pojawiali się nowi amerykańscy bogowie: Pieniądze, Media, Technologia...
Aby istnieć i mieć się jak najlepiej bogowie potrzebują wyznawców o jak najsilniejszej wierze. Prowadzi to do konfliktu między starymi a nowymi bogami. Starzy bogowie chcieliby odzyskać dawną chwałę. O dążeniu do odzyskania dawnej chwały pod przywództwem Odyna opowiada ten serial. Nie jest to jednak jedyny temat. W serialu też jest miejsce na fascynujące opowieści z przeszłości: kim i
czym byli dawni bogowie i jacy byli ludzie w nich wierzący.
Serial kipi wspaniałymi pomysłami dotyczącymi tego jak obecnie wyglądają starzy bogowie, czym się zajmują. Jest to jednocześnie sposób przekazania niebanalnych obserwacji społecznych. To czym są starzy bogowie i jacy są nowi jest pryzmatem tego jacy są ludzie teraz.
Przykład: w serialu jest wielu Jezusów, ponieważ wiara chrześcijańska ma wiele odłamów. Różni chrześcijanie różnie wierzą, w różny sposób okazują swoją wiarę, różne jej elementy są dla nich ważne.
Inny przykład: Media, które kiedyś były telewizją, radiem, kinem (są to rzeczy, które ludzie wielbią lub wielbili) się zmieniają w Nowe Media - internetowe media społecznościowe pełne obserwatorów, like'ów, followerów, szukania szybkiej, prostej rozrywki i sensacji. Nowe media są przedstawione jako upgrade starych co w pewnym momencie Techniczny Chłopiec komentuje: "i to ma być upgrade?". Ludzie, którzy szukają głębszych i ambitniejszych rozrywek na pewno zgodzą się z takim komentarzem.
Oglądając tą scenę pomyślałem jednocześnie, że z drugiej strony, gdyby nie nowe media, jakimi są strumieniowe telewizje (Netflix, Amazon Prime) to taki serial by nie powstał. To te nowe media pozwoliły na tworzenie ambitniejszych produkcji dla dorosłych ponieważ nie posiadają obecnych ograniczeń zwykłej telewizji: równania poziomu produkcji w dół (dla mniej wymagającego widza), cenzury itd.
Wspominałem już o wizualnym pięknie serialu. Ciekawie są stosowane wszelkie dostępne środki wizualne: różne proporcje obrazu zależnie od rodzaju sceny (2,35:1 dla przeszłości, 16:9 dla teraźniejszości), ujęcia w zwolnionym tempie, makrofotografia, wiele pięknie skomponowanych scen. Kilka ciekawych obrazów poniżej, choć nie oddają w pełni piękna tego serialu z powodu jakości zrzutów.
Totem z sekwencji tytułowej - nowi i starzy bogowie
Podróż do Wiosny - piękna zieleń, mnóstwo królików i (niewidoczne na tym zrzucie) przepiękne kolorowe kwiaty.
Nowe media - te wszystkie like'i itp. ;-P
Przykład przepięknej kompozycji obrazu nawiązującej do klasycznej sztuki malarskiej: symetria elementów, centralnie Odyn a w tle drzewo Yggdrasil
Pięknych i ciekawych ujęć jest o wiele więcej w tym wiele lepszych od tego co tu umieściłem. Pisząc ten wpis nie miałem czasu aby odszukać tych naprawdę
najciekawszych przykładów pięknej kompozycji obrazu - 16 godzin serialu
to dużo szukania.
Obrazy pochodzą z serialu "Amerykańscy Bogowie" i należą do posiadaczy praw autorskich. W momencie pisania tekstu prawa do dystrybucji w Polsce ma Amazon Prime. Zostały tu umieszczone zgodnie z prawem cytatu.
Dawno nie oglądałem filmu o tak silnym emocjonalnym ładunku jak "Dumbo" Tima Burtona. Filmu, który pomimo swojego optymistycznego przesłania, jest tak przejmująco smutny.
Zawsze lubiłem filmy, reżyserowane przez Tima Burtona i ten nie jest wyjątkiem. Jest przepiękny wizualnie, szczególnie dla tych, którzy zauważają szczegóły: począwszy do uśmiechniętej lokomotywy po każdą postać cyrkowca, nawet znajdującego się całkowicie w tle. Do tego dochodzi jedna z lepszych ścieżek dźwiękowych skomponowanych przez Dannyego Elfmana od wielu lat.
Główna opowieść i treść może zostać oceniona jako naiwna, ale pod spodem jest dużo niewypowiedzianego, przejmującego i smutnego realizmu. Uważny widz zobaczy m. in.: smutek strat po wojnie - rodzice, którzy nie wracają lub są poważnie ranni; efekty hiszpanki, która szalała na początku zeszłego wieku; efekty kryzysu, szalejąca bieda, gdzie każdy musi trzymać się wielu prac by wyżyć czy nawet się sprzedawać; kontrast wynikający z ogromnych nierówności społecznych; smutny fakt, że duża część społeczeństwa oczekuje prymitywnych rozrywek i z przyjemnością ogląda porażki innych lub innych wyśmiewa; brak szacunku dla zwierząt i dzieci - coś co przez te 100 lat znacznie się zmieniło ale pomimo tego ciągle jest dalekie od sytuacji idealnej.
Jestem przekonany, że jest jeszcze wiele rzeczy, których nie wymieniłem a które się dzieją w tym filmie. Nie są one w żaden sposób uwypuklone czy zwerbalizowane - te wszystkie opowieści są w tle i nieuważnemu widzowi mogą one umknąć. Dawno nie miałem okazji oglądać filmu tak intensywnie wypełnionego znaczeniami, że nie sposób wszystkich zapamiętać po jednym czy dwóch seansach.
Jednocześnie główny wątek jest bardzo prosty i przejrzysty. Samemu widząc te wszystkie smutne, realistyczne opowieści miałem nawet wątpliwości czy to odpowiedni film dla dzieci. Jednak moja 6-letnia córka bardzo chciała zobaczyć latającego słonia i film jej się bardzo podobał. Zachwycała się kolorowymi cyrkowymi scenami, była smutna razem ze słoniem, kibicowała dzieciom, które pomagały Dumbo a na koniec bardzo cieszyła się że Dumbo z mamą wrócili do swojego naturalnego środowiska a dobrzy bohaterowie założyli nowy rodzaj cyrku - współczesnego (dzisiejszego) cyrku, gdzie występują głównie ludzie a zwierząt jest niewiele lub nie ma wcale. Jestem przekonany, że jeśli obejrzy ten film ponownie jak będzie znacznie starsza zauważy wiele z tego co ja, pewne sceny inaczej zrozumie i ten film będzie dalej satysfakcjonującym przeżyciem dla niej. Jest to dobry kandydat na film, który rośnie z inteligentnym i wrażliwym widzem.
Jest wiele horrorów o nawiedzonym domu. Większość z nich jest do siebie podobna i można dojść do wniosku, że trudno tutaj coś oryginalnego wymyślić. A jednak Darrenowi Aronofsky'emu to się udało w filmie "Mother!".
W typowym schemacie horrorów o nawiedzonych domach spokojna rodzina wprowadza się do takiego domu, w którym z czasem zaczynają się dziać zdarzenia nadprzyrodzone, najczęściej ktoś zostaje opętany a na koniec jest dużo walki o przetrwanie i czasami zdradzenie tajemnicy domu. Czasami zło zostaje pokonane a czasami nie - ale nie zmienia to znacznie schematu opowieści.
Film "Mother!" wyłamuje się z tego schematu na wiele sposobów. W typowym horrorze bohaterom grozi przede wszystkim fizyczne niebezpieczeństwo. W filmie Aronofsky'ego niebezpieczeństwo jest w praktyce czysto emocjonalne. Cała groza w tym filmie tworzy się na poziomie głębokiej empatii do głównej bohaterki.
Ażeby uzyskać efekt większego przywiązania i zrozumienia bohaterki reżyser przez cały film (poza dwiema scenami) pokazuje świat z punktu widzenia bohaterki. Kamera cały czas jej towarzyszy. Widzimy i wiemy tylko tyle co ona. Nie mamy wglądu w jej myśli (poza kilkoma symbolicznymi wizjami) ale dzięki znakomitemu aktorstwu Jennifer Lawrence dobrze wiemy co nasza (bezimienna) bohaterka czuje.
Wyjątkowa w tym filmie jest przemoc (typowa cecha horrorów) - tutaj to przemoc emocjonalna. Nie są to żadne wymyślne tortury. Są to rzeczy, które wydają się wprost banalne. Uczucie grozy i niebezpieczeństwa powoduje zakłócenie spokoju domowego przez obcych ludzi - niechcianych gości. Przy czym należy dodać, że są to goście niechciani przez bohaterkę. Jej mąż chętnie widzi ich we wspólnym domu. Do tego należy podkreślić, że Ci goście też nie są osobami, które w bezpośredni sposób sprawiają zagrożenie. Są po prostu irytujący przez swoje wścibstwo, nieposzanowanie prywatności i zwyczajów gospodarzy (bohaterki). Zachowują się beztrosko, bezczelnie jakby to był ich dom. Ale jednocześnie nie wydają się tego robić celowo.
Jednak dla naszej bohaterki jest to poważne naruszenie spokoju, którego nie może zaznać gdy tego potrzebuje. Co gorsze nie ma możliwości by pobyć we dwoje z mężem a jest to dla niej niezwykle ważne. Ona bardzo kochając męża potrzebuje takiej intymności bycia razem, tylko we dwoje, ale jest tego pozbawiona.
Co więcej, w sytuacjach konfliktowych, mąż bierze stronę gości a nie swojej żony. Nie chce też wyprosić ich z domu, mimo próśb żony. Jest to bardzo bolesna zdrada emocjonalna: brak oparcia w ukochanym w momencie gdy się tego bardzo potrzebuje. On, będąc pisarzem, tłumaczy to szukaniem inspiracji. Od dawna nic nie napisał i wydaje się desperacko szukać każdego możliwego źródła natchnienia.
W połowie filmu Ona zachodzi w ciążę, On znajduje inspirację. Kiedy jest blisko porodu On znów jest uwielbianym pisarzem, który z chęcią rozmawia ze swoimi fanami. Następuje wtedy eskalacja wcześniejszej sytuacji: brak spokoju domowego, tak potrzebnego bohaterce przed porodem i brak wsparcia męża. Zaczynają się dziać rzeczy nadprzyrodzone tylko potęgujące to przerażające, duszące uczucie. Z każdym raniącym bohaterkę zdarzeniem jej serce twardnieje, umiera (w znaczeniu uczuciowym)...
Po filmie można zadać sobie pytanie, czy do aktu twórczego rzeczywiście potrzebne są tak intensywne emocje? Czy trzeba je "wysysać" z innych?
Nie napiszę dokładnie o tym jaka nadprzyrodzona istota/moc objawia się na koniec. Jedno jest pewne: jej motywy są tak samo oryginalne (w kontekście horroru o nawiedzonym domu) jak i cały, znakomicie napisany, wyreżyserowany i zagrany film.
Film nie miał dobrych ocen widzów, nie zebrał też bardzo licznej publiczności. Pozostaje mi zgadywać, że dlatego, że typowy widz krwawych horrorów nie jest przyzwyczajony do ambitniejszego kina i prawdopodobnie nie potrafi być empatyczny na tak wysokim poziomie jaki jest wymagany by w pełni odebrać i zrozumieć film "Mother!". Poczucie grozy przez większość filmu jest tak subtelne i przyczyna jej istnienia tak pozornie banalna, że większość ludzi pewnie mogłaby machnąć na to ręką. W końcu nie często zdarza się obejrzeć horror o zakłócaniu spokoju domowego... Różnica oczekiwań wobec typowego horroru względem tego co ten film prezentuje jest ogromna.
Skończyłem oglądać 2. sezon "Iron Fista" na Netflixie (niestety ostatni), który utwierdził mnie w przekonaniu, że jest to chyba najsympatyczniejszy i najnormalniejszy z filmowych superbohaterów jakich znam.
Większość superbohaterów to osoby narcystyczne, które nie potrafią nawiązywać normalnych, partnerskich związków. Danny Rand w serialu jest jednym z niewielu wyjątków.
Podoba mi się to w jaki sposób przedstawiono jego związek z Coleen. Związek oparty na zaufaniu i słuchaniu siebie nawzajem. Danny nie jest idealny, przez większość czuje się zagubiony (i się z tym nie kryje) - ale pewnie większość ludzi, przynajmniej czasami, tak się czuje. Danny popełnia błędy. Ale to co mi się podoba to, że potrafi się do swoich błędów przyznać, rozważa to co inni mu mówią i sugerują. Ciągle próbuje siebie lepiej poznać i zrozumieć - robi to, bo chce się stać lepszym człowiekiem.
Moją sympatię też wzbudza to, że zawsze szuka dobra w innych ludziach i że nie traci nadziei.
Dla mnie są to wyjątkowe cechy jak na filmowe superbohatera. Szkoda, że pewnie już więcej nie będę miał okazji obejrzeć nowych przygód Iron Fista w takim wydaniu...
Kiedy byłem małych chłopcem imponowały mi filmy o Indianie Jonesie: zwiedzanie zaginionych ruin pełnych tajemnic, radzenie sobie z pułapkami i odnajdywanie skarbów. Atrakcyjna fantazja, choć mało realistyczna (na pewno w moim przypadku).
Wiele lat później dane mi było przeżywać takie przygody w wirtualnych światach: począwszy od pierwszych, prymitywnie dziś wyglądających gier "Tomb Raider" aż po dzisiejsze przygodowe gry akcji, pełne pięknych i cudownych widoków.
Jedną z serii takich gier, które bardzo lubię, jest seria "God of War" - seria, o której można powiedzieć, że dorasta i dojrzewa razem z graczami.
Głównego bohatera, Kratosa, poznajemy w sytuacji, gdy oszukany i omamiony przez Aresa zabija swoją rodzinę w szale bitewnym. W zamian za obietnicę pozbycia się koszmarów jakie nawiedzają go po tym tragicznym wydarzeniu wypełnia misje dla pozostałych bogów, z których ostatnią jest zabicie Aresa. Spartanin ostatecznie zabija Aresa, jednak okazuje się, że inni bogowie też go okłamali. Koszmary nie opuszczają Kratosa a on sam wcześniej zdobył artefakt, który uczynił go nieśmiertelnym przez co nie może też zakończyć swoich cierpień samobójstwem.
Pozostali greccy bogowie dalej go wykorzystują, a kiedy Kratos przestaje ich słuchać, próbują go zabić. Celem Kratosa, uratowanego w ostatniej chwili przez tytana Gaję, staje się zemsta na bogach Olimpu, zabicie ich wszystkich.
Przez całość pierwszych 3 części serii gra się postacią, która żyje ciągłym gniewem. Postacią, która myśli tylko o sobie i o swoim cierpieniu, której nie obchodzi nic poza nim samym. Brutalnie niszczy i zabija wszystko i wszystkich, którzy są lub mogą być przeszkodą w osiągnięciu upatrzonych celów. Nawet niewinni, postronni ludzie padają ofiarą Kratosa. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie grałem postacią, która byłaby tak niesympatyczna i tak brutalna.
Pomimo tego, że normalnie nie czuję sympatii dla takich (anty-)bohaterów i zazwyczaj wybieram inne postacie (jeśli to możliwe) znakomicie mi się grało w te gry. Nawet polubiłem Kratosa. Wszystko to dzięki wybitnie satysfakcjonującej rozgrywce: atrakcyjny i efektowny system walki, ciekawe zagadki do rozwiązania oraz wspaniałe widoki (w momencie powstania wybitne osiągnięcia graficzne).
Do dziś wspominam kilka wyjątkowych scen z tych gier: uruchomienie rumaków czasu (scena w podlinkowanym filmie z rozgrywką) czy skonstruowany przez Dedala labirynt, który był najciekawszą interpretacją mechaniki i wizualizacją tego mitologicznego labiryntu. Nigdzie indziej nie spotkałem się z pomysłem, by ten labirynt był trójwymiarową, obracającą się i zmieniającą sześcienną kostką (pomysł podobny do filmu "Cube" ale w bardzo oryginalnym wydaniu).
Grafika koncepcyjna labiryntu z God of War 3 (2010) (źródło: https://godofwar.fandom.com)
Indiana Jones w żadnym filmie nie rozwiązywał tak ciekawych i imponujących zagadek ani nie odwiedzał równie imponujących miejsc.
To był rok 2010 a w 2018 została wydana najnowsza część serii (ponownie zatytułowana "God of War"). Przez te 8 lat stałem się ojcem. Moje spojrzenie na świat zmieniło się, zarówno z racji wieku jak i ojcostwa. Kratos też stał się ojcem.
Można powiedzieć, że świat tej serii gier jak i postać głównego bohatera dojrzała podobnie jak ja. Kratosa opuścił gniew. Cechuje go teraz większy spokój, zrozumienie i akceptacja świata. Opiekując się synem rozumie potrzebę panowania nad sobą, chce go chronić przed złem świata i jednocześnie przekazywać mu wiedzę, która pozwoli uniknąć w przyszłości popełnienia takich błędów jak ojciec.
Podróżując z Kratosem i Atreusem przez daleką północ świata mitologii nordyckiej czułem dużą bliskość względem tych postaci. W grze wspaniale oddano zachowanie dziecka - pełne entuzjazmu, ufności. Zachowanie, gdzie wspaniały widok powoduje całkowite rozproszenie się Atreusa co czasami prowadziło do mniej lub bardziej niebezpiecznych sytuacji. W tych momentach czułem się trochę jakbym widział własne dzieci, którym w niektórych sytuacjach trzeba powtarzać: "Skup się. Zrób najpierw to co trzeba".
Sceny, w których Kratos opowiada Atreusowi o świecie, o mechanizmach działania świata, o tym że nic nie jest takie proste jak się wydaje, że pozory mogą mylić tak bardzo przypominały mi chwile, kiedy ja podobnie coś tłumaczyłem swoim dzieciom (oczywiście o naszym świecie a nie świecie mitów). Do tego odpowiedzi i reakcje Atreusa - tak podobne do zachowań moich dzieci.
Grając w tą grę czułem się jakby została stworzona dla mnie. Dla kogoś, kto kiedyś grał beztrosko w tę serię a teraz patrzy na świat inaczej. Dla kogoś kto w pewien sposób dojrzał.
Świat się zmienił, ja się zmieniłem, Kratos się zmienił.
Mieszkanie Frei (God of War 2018)
Jednocześnie pozostało to wspaniałe uczucie przygody a'la Indiana Jones. Zwiedzania fascynującego świata. Rozwiązywania ciekawych zagadek. Podziwiania piękna tego co stworzyli twórcy gry. (Dygresja o bieżącej serii "Tomb Raider" - nowy "God of War" jest bliższy duchowi pierwszym "Tomb Raiderom" niż obecna trylogia. Więcej eksploracji niż walki. Tak jak lubię).
Imponujące kamienne rzeźby (God of War 2018)
Do tego bardzo podoba mi się to, w jaki sposób gra wykorzystała mitologię Nordycką. Nie jest to cukierkowa i łagodna wersja taka jak w Marvel Cinematic Universe (ciekawy jest pomysł działania Bifrostu w grze - całkiem odmienny niż w MCU). Świat mitów nordyckich w "God of War" jest bliższy oryginałowi: brutalny, pełen niesympatycznych, egoistycznych bogów (bardzo ciekawe przedstawienie Odyna pomimo tego, że nawet nie spotykamy go w grze).
Z powodu przeciętnych recenzji wybrałem się na film "Bohemian Rhapsody" pełen obaw. Jednak wyszedłem z filmu oczarowany i radosny.
Jednak najpierw cofnijmy się w czasie do lat kiedy zespół Queen był najbardziej znany i słuchany - był to czas gdy albo jeszcze nie istniałem, albo byłem zbyt młody by o nich słyszeć a jeśli słyszałem to nie byłem w stanie zrozumieć ich sławy ani docenić muzyki - byłem na etapie słuchania piosenek z filmów o Panu Kleksie.
Później, gdy byłem starszy, kojarzyłem ten zespół głównie z muzyki do filmu "Nieśmiertelny" i trochę mniej z muzyki do filmu "Flash Gordon". Poza tym znałem kilka ich największych hitów, ponieważ były grane wszędzie i dość często.
Krótko mówiąc cały fenomen tego zespołu jak i Freddiego Mercury'ego całkowicie mnie ominął.
Interesując i uwielbiając bardziej złożoną rockową muzykę zawsze miałem świadomość, że Queen odegrali ważną rolę w rozwoju rocka. Doceniałem ich kompozycje. Jednocześnie nigdy bardziej nie wgłębiłem się w ich twórczość.
Pomimo tego, jak zobaczyłem zwiastun filmu "Bohemian Rhapsody", wiedziałem, że chcę zobaczyć ten film. Czułem, że mi się spodoba. Potem pojawiły się przeciętne recenzje... Zatem możliwe są dwie opcje: jest to lepszy film niż wielu recenzentów przyznaje albo można mnie urzec prawie dowolnym filmem o powstawaniu dobrej muzyki.
Dla mnie ten film był ciekawym odkryciem, ponieważ tak naprawdę niewiele wiedziałem o legendzie rocka jaką jest Freddy Mercury. Ciekawym dla mnie było odkryć skąd pochodził i jak wyglądała jego wędrówka do muzycznej sławy. Nie mniej ciekawym było obserwować proces twórczy ich wspaniałych albumów i utworów, obserwować interakcje i kłótnie wewnątrz zespołu, których wynikiem była lepsza, ciekawsza i doskonalsza muzyka.
Moja wizja zespołu Queen po tym filmie, to wizja czterech ludzi, którzy kochali muzykę i ciągle szukali nowego sposobu jej grania, tworzenia i wyrażania się przy pomocy muzyki. Bardzo spodobało mi się też stwierdzenie, które padło w filmie, że są zespołem dla tych co stoją przy ścianach, dla osób dla których tzw. mainstream muzyczny nie ma wiele do zaoferowania, dla ludzi, którzy zawsze czuli się inni czy jakoś wykluczeni. Jest mi to bardzo bliskie.
Nawet jeśli wiele z tego co było w filmie nie jest prawdą, jest podkolorowane itd. to nie ma dla mnie znaczenia. Liczy się dla mnie opowieść o muzyce i miłości do niej.
Na koniec chcę jeszcze opisać jakie niesamowite wrażenia wywarł na mnie miks filmu w Dolby Atmos (słuchany w Helios Forum Gdańsk). Dźwięk w tym filmie całkowicie zwalił mnie z nóg. Poza wspaniale brzmiącymi piosenkami było to najwspanialsze i najlepsze wykorzystanie Dolby Atmos jakie do dziś miałem okazję usłyszeć. W trakcie fragmentów dziejących się na koncertach czułem się jakbym rzeczywiście był na koncercie - publiczność było słychać jakby rzeczywiście była wokół mnie. Do tego nie tylko jako tłum ale jako mnóstwo indywidualnych osób, indywidualnych głosów osób, które mnie otaczały. Nawet pozornie prozaiczna scena w pubie brzmiała wspaniale - czułem się jakby ludzie rozmawiający w filmie byli rzeczywiście metr czy półtora ode mnie. A nie gdzieś nie wiadomo gdzie, w głośnikach na ścianach.
Każdemu kto kocha dobrą muzykę lub interesuje się Queen, jest fanem Queen, polecam ten film usłyszeć w kinie (z Dolby Atmos)... zobaczyć też ;)
"Jumanji: Przygodę w dżungli" ominąłem gdy była w kinach wyłącznie z tego powodu, że nie była wyświetlana w wersji z napisami. Nadrobiłem zaległości i muszę przyznać, że film mnie bardzo pozytywnie zaskoczył.
Nie spodziewałem się, że film okaże się nie tylko efektowną rozrywką ale że będzie niegłupią, wielowarstwową opowieścią. Do tego taką, która tak zgrabnie rozgrywa każdą z warstw. Rozbierzmy zatem tę kremówkę na części:
Komedia romantyczna dla nastolatków - geek czuje się samotny, nielubiany ale ostatecznie zdobywa dziewczynę - w tym przypadku innego geeka. Klasycznie, bez zaskoczeń ale sympatycznie zagrane i zrealizowane.
Parodia gier komputerowych - jako zapalony gracz z przyjemnością obejrzałem jak film wyśmiewa różne głupie stereotypy panujące w grach. Zarówno te dotyczące bohaterów gier, ich wyglądu, zestawienia cech (zalet i wad). Również urocze było wyśmianie tego, jak bardzo ułomna jest interaktywność obecnych gier komputerowych. To, że często fabuła gier jest konstruowana wybitnie prymitywnie, prosto i do tego jest składana niedorzecznie. Pomimo tego, że uważam się za hardcorowego (zapalonego) gracza ani razu nie poczułem się urażony tym, w jaki sposób film wyśmiewa jedną z moich ulubionych rozrywek. I jest tak również z tego powodu, że te wszystkie wyśmiane słabości gier były jednocześnie siłą napędową kolejnej warstwy filmu, czyli:
Przygodowy film akcji - "Jumanji 2" jest jednym z niewielu filmów, którym udało się zaadaptować typowe dla gier sceny akcji w taki sposób, aby się je dobrze oglądało i aby trzymały w napięciu.
Poza tym, że film w rozrywkowej szacie umieścił trafne obserwacje i treści, ma jeszcze kilka udanych aspektów: znakomite aktorstwo. W szczególności Jack Black miał okazję wykazać się swoim komediowym talentem. Również bardzo przyjemnie oglądało się Dwayne'a Johnsona w trochę nietypowej dla siebie roli - przekonująco grał mięczaka w ciele twardziela.
Na koniec coś co dawno na mnie nie zrobiło takiego dobrego wrażenia: udźwiękowienie przestrzenne filmu. W czasach gdy dźwięk przestrzenny spowszedniał i prawie się go nie zauważa, to w tym filmie został tak wykorzystany, że znakomicie podkreślał elementy przedstawionego świata i sprawiał, że czuło się jeszcze bardziej wciągniętym w fabułę. Za każdym razem gdy pojawiał się motyw muzyczny sceny akcji Jumanji, który był umiejscowiony za widzem, miało się wrażenie jakby dobywał się z powietrza, z przestrzeni, znikąd. Idealnie wyrażało to, oderwanie przyczynowości niektórych wydarzeń w grach i ich sztuczne wyzwalanie aby pchnąć grę dalej do przodu.
Tego typu dźwiękowych, przestrzennych smaczków było o wiele więcej.
W tym roku w kinach też był inny film, którego świat był silnie bazowany na grach komputerowych: "Ready Player One". Film, który w zamierzeniu miał być hołdem dla popkultury i w szczególności hołdem dla gier. Jednak uważam, że to "Jumanji 2" o wiele lepiej oddaje atmosferę gier i o wiele lepiej radzi sobie z przeniesieniem ich na ekran kinowy.
Minął ostatni dzień Open'era, który był dla mnie dniem miłych zaskoczeń. Nie spodziewałem niczego szczególnie ciekawego tego dnia dla siebie, ale się myliłem:
Bruno Mars - może i muzycznie nieszczególnie mnie interesuje, ale dał wspaniałe show i bardzo dobry występ. Było na co popatrzeć: tęczowo kolorowe światła, lasery, fajerwerki zsynchronizowane z muzyką, wybuchające ognie na scenie. Do tego dynamiczny i sympatyczny zespół (i product placement Nike ;) ). Słuchało się go też bardzo przyjemnie.
Dawid Podsiadło - udany koncert, dobrze się go słuchało. W bardzo sympatyczny sposób zabawiał też widzów pomiędzy piosenkami.
Sevdaliza - bardzo ciekawy występ i muzycznie, i tanecznie.
Bass Astral X Igo Orchestra - przyjemne, lekko rockowe brzemienia.
Byłem wczoraj na koncercie Gorillaz i tylko jedno słowo krąży mi po głowie, które opisuje moje wrażenia: WOW!!!!!!!
Koncert był niesamowity. Damon Albarn przyjechał z dużym, znakomitym zespołem. Na koncercie można było usłyszeć ich największe hity jak i utwory z ich najnowszego albumu ze wspaniałymi wizualizacjami: głównie znane teledyski ale do tego znakomita gra świateł na scenie.
Wykonania były wspaniałe i muszę przyznać, że wolę koncertowe wersje muzyki Gorillaz nad wersje albumowe.
Cały zespół miał znakomity kontakt z publicznością. Od początkowych utworów schodzili co chwila do publiczności i niesamowicie generowali entuzjazm.
Do tego bardzo mi się podobało jak w jaki sposób Gorillaz gra jako zespół - gdy się ich ogląda, to ma się wrażenie niesamowitego zgrania i wzajemnego szacunku. Jak ktoś poza Damonem śpiewał lub rapował to on/ona był(-a) w centrum uwagi a pozostali członkowie zespołu (w tym Albarn) stawali się tłem. Nawet gdy chór miał "solową" sekcję przy śpiewaniu "Dirty Harry" to oni w tym momencie byli w centrum show.
Nie potrafię wyrazić słowami jak wspaniale brzmieli, chyba że tak: jeśli nie byłeś na koncercie Gorillaz to tak jakbyś nie słyszał ich prawdziwego brzmienia.
Do tego wydaje mi się, że mieliśmy szczęście i mieliśmy wielu wykonawców, którzy nie we wszystkich koncertach biorą udział, np. Little Simz. Niestety nie mam jak tego potwierdzić pozostałych (nie znam wystarczająco dobrze tych wszystkich muzyków).
Niesamowity koncert Gorillaz był ogromny kontrastem, względem przedwczorajszego koncertu Depeche Mode. Zespół Depeche Mode był sztywny a ich wokalista to za dobre rozgrzewanie publiczności chyba uważa trzymanie się za krocze. Porównując żywiołowość publiczności takie podejście się nie sprawdziło. To nie jest tak, że Depeche Mode źle grało, ale nie było w tym tyle serca i energii ile można by oczekiwać.
Inni artyści, którzy pokazali, że warto chodzić na koncerty to m. in. Sigrid - bardzo radosna i pełna energii. Miała niestety pecha, że jej koncert nachodził na koncert Gorillaz.
Wspaniale też wypadł David Byrne. Poza ciekawą muzyką zaproponował wyjątkowo ciekawe widowisko sceniczne. Cały jego zespół, w tym on sam, byli praktycznie cały czas w ruchu. Ciekawie, pomysłowo: dobrze się to słuchało i oglądało.
Mnie też bardzo zaciekawiła i zaintrygowała Resina. Jedna kobieta tworząca orkiestrę. Jej koncert i utwory polegały na tym, że śpiewała lub grała kilka taktów melodii lub rytmu, które były nagrywane a potem odtwarzane w pętli a następnie dokładała do tego kolejne elementy utworu. Bardzo ciekawy, oryginalny pomysł na koncert.
Inni których mi się przyjemnie słuchało (w kolejności przypadkowej):
La Femme - Francuzi, trochę elektroniczni
Kaleo - country-rock ;)
Organek - naprawdę fajny i dobry polski rock
MØ - udany i radosny lekko popowy koncert
Massive Attack - widziałem po raz kolejny na Open'erze, podobnie jak w zeszłych latach
Nick Cave - energetyczny i ciekawy jak zawsze
Arctic Monkeys - dobre rockowe granie
Pozostałych, których widziałem a mniej mi się podobali tym razem nie będę szczegółowo wymieniał. Napiszę tylko, że miło było zobaczyć metalowe zespoły na Opene'rze - to duża nowość. I nawet jeśli ich muzyka mi nie odpowiadała to ciekawie było zajrzeć na kilka chwil na ich koncerty.
Miałem niesamowitą przyjemność obejrzeć koncert Stevena Wilsona, w ramach trasy promującej jego album "To The Bone". Na koncercie byłem w Poznaniu.
Było (prawie) wszystko czego oczekuję od dobrego koncertu.
Po pierwsze: długie granie - koncert trwał 3 godziny (z 20-minutową przerwą) - co jest naprawdę bardzo długim czasem.
Po drugie: było to bardzo dobre show. Kiedy idę na koncert to oczekuję, że nie tylko posłucham sobie grania, ale że zostanie to wykonane w sposób efektowny. Koncert był wypełniony ciekawymi wizualizacjami przygotowanymi specjalnie na potrzebny koncertu - w czasie niektórych piosenek były to prawdziwe opowieści filmowe (teledyski). Do tego wizualizacje były ciekawie zrealizowane - były dwuwarstwowe. Poza typowym ekranem z tyłu sceny był półprzezroczysty ekran przed sceną (odsłaniany gdy nie był potrzebny). Pozwalało to na ciekawe efekty. Przy odpowiednim oświetleniu sceny, to co było rzucane na przedni ekran, sprawiało wrażenie jakby było częścią sceny - czyli np. kobieta tak wyświetlona wyglądała jakby stała obok Stevena Wilsona.
Inne wykorzystanie tego ekranu to cienie. Przy odpowiednim oświetleniu muzycy byli prawie niewidoczni ale dawali niesamowicie wyglądające cienie na przednim ekranie. Ale najbardziej mi się podobało, gdy były zsynchronizowane wizualizacje na przednim i tylnym ekranie. Np. jeśli na przednim ekranie było ogromne oko, to co było widać w źrenicy oka było wyświetlane na tylnym ekranie, co dawało niesamowity trójwymiarowy efekt.
I jeszcze jako dodatkowe wrażenia dawał przestrzenny miks w trakcie trwania koncertu. Jeszcze nie spotkałem się wcześniej by koncerty na żywo korzystały z przestrzennej aranżacji dźwięku. Dla takiego fana przestrzennej muzyki jak ja to dodatkowy plus.
Jeśli chodzi o dobór repertuaru to pewnie było więcej "głośnych" i "agresywnych" utworów niż bym wolał. Osobiście preferuję bardziej łagodne w brzemieniu utwory Stevena Wilsona. Na pewno było kilka utworów, które są jednymi z moich ulubionych. A piosenkę "Song of I" w brzemieniu koncertowym o wiele bardziej polubiłem niż w wersji albumowej.
Na koniec o jednej drobnej wadzie z mojego punktu widzenia - odniosłem wrażenie, że Steven Wilson z zespołem za bardzo starali się brzmieć jakby grali album. Nie było zbyt dużo specjalnych koncertowych aranżacji czy znaczących improwizacji. A może po prostu nie jestem jeszcze wystarczająco osłuchany z muzyką Stevena Wilsona by je zauważyć?
Ostrzeżenie: Moja opinia o tym filmie będzie zawierać spoilery.
Obejrzałem "Gwiezdne wojny VIII". Pomimo tego, że część VII nie podobała mi się zbytnio to szedłem na film pełen nadziei, że tym razem zobaczę coś naprawdę dobrego. Szczególnie, że "Łotr 1" bardzo mi się podobał.
Niestety rozczarowałem się srogo i obecnie jest to dla mnie najgorsza część "Gwiezdnych wojen".
Co chwilę bohaterowie filmu powtarzają by nie patrzeć w przeszłość i zacząć budować coś nowego. Pomyślałem sobie: szkoda, że twórcy nie posłuchali własnych rad. Ta część znowu jest prymitywnym skopiowaniem motywów z poprzednich filmów - tym razem hurtem z 5. i 6. części. Znając poprzednie części bez przerwy odczuwa się deja-vu i przewiduje wszystko na kilka minut wprzód. Niepotrzebnie sprowadzono zbędne postacie z przeszłości - chyba tylko dlatego, że nie zdążyli ich użyć w części VII.
Wiele "zwrotów akcji" wygląda na jakieś fanowskie chciejstwo i nie jest uzasadnione w żaden sposób znaną z filmów przeszłością postaci, ewentualnie wygląda na gest w stylu: zróbmy coś na siłę, bo tego się nie będą spodziewali.
Do tego jest to najdłuższy film serii i miałem wrażenie, że zupełnie niepotrzebnie.
A najgorsze z tego wszystkiego jest to, że nie wiem co ten film ciekawego chciał opowiedzieć. Podróż jakiej postaci chciał przedstawić? Wszyscy w tym filmie wydawali się zagubieni w sobie i nie potrafili się zmienić (poza Finnem). Z filmu nic ciekawego nie wynikało. Zobaczyliśmy jak imperium po raz n-ty robi ten sam błąd (typu duża broń wszystko zniszczy - ups, zniszczono naszą dużą broń). Nie czuję bym wyniósł cokolwiek wartościowego z tego filmu lub poczuł przywiązanie do którejkolwiek postaci. Nie zauważyłem żadnej ciekawej idei, którą ten film chciał przekazać.
W roku 1987 rozpoczęła się emisja serialu "Star Trek: Następne Pokolenie". Przez kolejne 18 lat kolejne inkarnacje serialu gościły na ekranach telewizorów. W 2005 roku moda na kosmiczne seriale science-fiction się skończyła i aż do 2017 roku nie było podobnego, równie dobrego serialu.
W Polsce "Star Trek" pojawił się w 1990 roku i będąc wtedy małym chłopcem zacząłem go oglądać. Od razu mnie wciągnął i zafascynował, i tak jest do dziś. Nie pamiętam co tak bardzo mi się podobało w tym serialu jak byłem mały (na pewno odcinki dziejące się w holodecku). Wiem jednak, że gdy ponownie oglądałem te seriale będąc dorosłym, ciągle mi się podobały - są to, w przeważającej większości, znakomicie napisane opowieści, poruszające ważne aspekty bycia człowiekiem, ciekawe teorie i zagadnienia naukowe, a do tego umieszczone w optymistycznej utopii (przynajmniej "The Next Generation"). Mało tego, ta utopia była wymyślona dość wiarygodnie - ludzie (i inne gatunki należące do Federacji) mają dostatek zasobów, dzięki opanowaniu możliwości wytwarzania energii z antymaterii i opracowaniu technik zamiany materii w energię (i vice-versa). Przy braku niedostatków ludzie mogą zająć się głównie samodoskonaleniem (na różne sposoby) i eksploracją kosmosu - piękna wizja dla osoby o duszy inżyniera.
Przez ostatnie 12 lat brakowało mi takiego serialu. W tym roku pojawiły się aż dwa. Pierwszym z nich jest serial "The Orville" a drugi to "Star Trek: Discovery". Nie będę ukrywał, że obydwa seriale bardzo mi się spodobały, choć są skrajnie różne.
"The Orville" jest duchowym następcą "Star Trek: The Next Generation". Jest podobny wizualnie, również świat w tym serialu jest podobnie utopijny jak w tamtym Star Treku. Ale nie jest to tylko prymitywne naśladownictwo. "The Orville" wprowadza to tamtej konwencji dużo humoru oraz bardziej ludzkie postacie. Bohaterowie "The Next Generation" wydawali się bardzo sztywni, formalni i idealni. Gdy pracowali, nie żartowali sobie - w skupieniu i bardzo poważnie realizowali swoje obowiązki. Bohaterowie "The Orville" bez przerwy sobie żartują, przekomarzają się, plotkują, potrafią mieć złe humory i nie zawsze potrafią zapanować nad swoimi emocjami. Nie mają też ciągle samych sensownych i dobrych pomysłów - często miewają bezsensowne i głupie - nie są chodzącymi ideałami. Można nawet się zastanowić jak tak niepoważna załoga radzi sobie z misjami na statku kosmicznym.
Pomimo tej lekkości i dużej dawki humoru (który mi osobiście odpowiada) serial też porusza istotne kwestie społeczne czy dotyczące natury człowieka (np. spojrzenie na wroga w sytuacji wojny, krzywdzące niektórych ludzi przywiązanie do bezsensownych tradycji itp). W dodatku wydaje mi się, że "The Orville" podchodzi do wszystkich poruszanych kwestii bardziej realistycznie, mniej naiwnie niż dawne "Star Treki".
Kiedy zacząłem oglądać "Star Trek: Discovery" nie spodziewałem się, że uda się nakręcić kolejny serial dziejący się w tym uniwersum, który będzie świeży i bardzo odmienny od poprzednich pięciu seriali. Zrezygnowano w nim z cechującego poprzednie seriale utopijnego podejścia. Bohaterowie tego serialu nie są idealni, mają swoje mroczne tajemnice. Można nawet powiedzieć, że są bardzo blisko granicy, po której przekroczeniu uznajemy ludzi za złych. Co prawda już "Star Trek: Deep Space Nine" pokazywał mroczne strony Federacji i to, że pod cukierkową, utopijną powierzchnią nie wszystko jest takie piękne, szczególnie w trakcie wojny. "ST: Discovery" te mroczne kwestie natury ludzkiej jeszcze bardziej eksploruje.
Co zaskakujące, mimo tego, ciągle w tych opowieściach czuje się ducha Star Treka - przywiązanie do naukowych aspektów świata przedstawionego, empatia i współczucie, które zawsze cechowało te seriale, poruszanie trudnych kwestii dotyczących natury ludzkiej (np. przywiązanie do innych, radzenie sobie z oczekiwaniami otoczenia).
Ale to co jest najbardziej wyjątkowego w tym serialu to jakość opowieści - oglądając kolejne odcinki jestem całkowicie w nie wciągnięty. Do tego dochodzą wspaniałej jakości efekty specjalne i dźwiękowe (lepsze wykorzystanie przestrzennego dźwięku niż w niejednym filmie kinowym). Kuleje jedynie aktorstwo osób grających Klingonów - ale nie dziwię się, skoro w tym serialu makijaż Klingonów wygląda na bardzo nadmiarowy i niewygodny, a do tego nie łatwo wyrecytować i zagrać coś w nieznanym sobie i trudnym do wymówienia języku (nawet jak się nie ma makijażu).
Bardzo się cieszę, że mogę znów oglądać seriale, w stylu, który zawsze najbardziej był mi bliski. "The Orville" bardziej star trekowy niż najnowszy "Star Trek" i "Star Trek", który znowu przesuwa granicę tego czym "Star Trek" może być, jednocześnie nie tracąc swojego ducha i stylu. Może tylko szkoda, że obydwa seriale są adresowane wyłącznie do starszego widza niż robił to "Star Trek: TNG".
Dawno nie grałem w tak przejmującą emocjonalnie grę jak "Last Day of June". Inspiracją do jej powstania był teledysk do utworu "Drive Home" Stevena Wilsona (po prawej).
Piosenka i teledysk opowiadają o tym, jak trudno się pogodzić ze stratą ukochanej osoby - w tym przypadku w wyniku wypadku.
Gra twórczo rozszerza tę muzyczną opowieść w sposób możliwy jedynie w interaktywnym medium.
Obraz z gry "Last Day of June"
Obraz z gry "Last Day of June"
Najczęściej, gdy stanie się coś złego lub nieprzyjemnego, ludzie w głowach próbują rozgrywać tę sytuację zgadując i wyobrażając sobie czy gdyby się inaczej postąpiło, złe wydarzenie by nie nastąpiło - jak wtedy wyglądałby świat i życie.
Ta gra właśnie jest o rozważaniach "co by było, gdyby" oraz jest też grą o godzeniu się ze swoim losem. Opowiada też o tym, jak bardzo nasze losy powiązane są z losami innych osób - czasem w zaskakujące sposoby.
Obraz z gry "Last Day of June"
Sposób opowieści jest też wyjątkowy: w grze nie ma żadnych słów. Jest tylko obraz, muzyka oraz nieartykułowane dźwięki (np. śmiech, płacz) bohaterów opowieści. Mimo tego opowieść jest w pełni zrozumiała, kompletna i wywierająca emocjonalnie duże wrażenie.
Gry potrafią być wyjątkowym medium przekazywania opowieści.
Większość opowieści powiela określone, znane i lubiane schematy. Ludzie lubią takie opowieści czytać, oglądać. Największą sztuką jest takie powielenie schematu czy wykorzystanie pewnych stereotypów aby opowieść wydała się ciekawa.
Ja sam nie mam nic przeciwko schematom fabularnym, jeśli są wykorzystane w sposób twórczy, ciekawy.
Ostatnio obejrzałem miniserial animowany "Castlevania" (Netflixa). Skusił mnie tytuł (bardzo cenię gry z serii "Castlevania", szczególnie podserię "Lords of Shadow") oraz obietnice w wypowiedziach twórców, że serial będzie kręcony na poważnie, dla starszego widza.
Jednak wygląda na to, że ja już jestem zbyt starym widzem, ponieważ bardzo raziły mnie powielane schematy, klisze i stereotypy w tym serialu. Oglądając ten serial złapałem się na myśleniu, że animacje nie są odpowiednie dla starszego widza, bo są zbyt prymitywnie opowiadane - co nie jest prawdą (sam znam wiele znakomitych animacji).
Przyjrzyjmy się wykorzystanym kliszom w tym serialu:
Przedstawienie zamku Draculi przypominało "Ruchomy zamek Hauru". Niestety wygląd i działanie zamku, jako kroczącej, żyjącej machiny, w tym serialu było chyba tylko uzasadnieniem dla przedstawienia miejsc znanych z gier (mechanizmy jak z wieży zegarowej, gorące rury).
Źli, zaślepieni biskupi i księża którzy tylko chcą palić kobiety oskarżając je o czary i konszachty z diabłem. Wszyscy bardzo płasko przedstawieni, bez głębszych motywacji.
Wyklęty, zmęczony bohater, który na nowo musi znaleźć w sobie siłę i moc bohaterską. Na szczęście wystarcza jedno wydarzenie i jedna rozmowa by rozbudził swoją siłę, szlachetność i bohaterstwo.
Nauka kontra wiara. Wiara niszcząca naukę bez powodu.
Biedny Dracula mszczący się, bo zabito mu żonę, niestety bez realistycznych emocji.
Każda z tych klisz jest wstawiona do serialu i przedstawiona w sposób możliwie najprostszy, praktycznie bez żadnych twórczych elementów. W wyniku tego żaden z bohaterów serialu nie spowodował we mnie reakcji emocjonalnej, do żadnego się nie przywiązałem.
Jedyne co zauważyłem dorosłego w tym filmie to pokazywanie krwi, brutalności i flaków chyba tylko dla samego gore - jak to ostatnio modne.
Jest możliwe, że zbyt dużo oczekiwałem po tym serialu, po tym jak grałem w serię "Castlevania: Lords of Shadow", która była jedną z najciekawszych i najoryginalniejszych opowieści o wampirach jakie miałem okazję poznać (obecnie stworzenie oryginalnej opowieści o wampirach nie jest łatwe). Główny bohater tej serii gier, Gabriel Belmont, jest fascynującą postacią, która walcząc ze złem, powoli staje się tym złem, z którym walczy. Jest to smutna i tragiczna postać. Zaś Zobek to wyjątkowy przeciwnik, który w pewnym sensie jest też mentorem protagonisty. Do tego znakomicie podkładany głos (Robert Carlyle, Patrick Stewart).
Podróż przez świat i opowieści tych 3 gier były fascynujące, wciągające i bardzo emocjonalne.
Wróćmy do tematu klisz i stereotypów - jak wcześniej pisałem korzystanie z nich to nie przewinienie. Można je przetworzyć w oryginalny sposób (jak gry "Lords of Shadow"), można je wydestylować tworząc coś na kształt hiperstereotypu. Wtedy opowieść czasem staje się metaopowieścią o stereotypach.
W ten sposób przetwarza stereotypy m. in. Quentin Tarantino, czego najbardziej jaskrawym przykładem jest "Kill Bill" (seria opowieści o zemście oparta na kliszach i stereotypach z kręgów kulturowych całego świata).
W grach tak wykorzystuje stereotypy i klisze np. Mortal Kombat - szczególnie część 1., gdzie mamy wzorcowego ninję, wzorcowego najemnika, wzorcowego mnicha pochodzenia chińskiego, wzorcową oficer wojskowych służb specjalnych itd. Jeśli spojrzymy na cechy i historię tych postaci w 1. części serii, to zobaczymy idealnie wydestylowane stereotypy z kultury popularnej końca lat 80 i początku lat 90. Do dziś ta seria jest wyjątkowym zwierciadłem pewnego wycinka popkultury i awangardą opowiadania historii w grach walki (ale to już temat na inny post).
Wracają do serialu "Castlevania" - niestety w tym serialu, twórcom starczyło sił tylko na dorysowanie dorosłej krwi i brutalności a zabrakło niestety na stworzenie znaczącej, w jakikolwiek sposób, dorosłej opowieści.
Mimo to, pamiętajmy że są gorsze filmy i seriale (np. "Nieśmiertelny 5. Źródło"). Obejrzenie serialu Castlevania nie jest kompletnie straconym czasem.
Krzysztof Zalewski - fajne granie i znakomity kontakt z publicznością. Artysta na pewno nie boi się deszczu ;)
Julia Pietrucha - kolejne przyjemne granie i radosny kontakt z publicznością;
George Ezra - klasyczny rock and roll, chwilami się czułem jakbym słuchał Presleya. Nieźle, choć ja wolę współcześniejsze odmiany rocka;
Buslav - przyjemne, głównie elektroniczne dźwięki;
Niemoc - gitarowo-elektronicznie i dość ciekawie;
Benjamin Booker - znakomite rockowe granie (z elementami rocka). Bardzo mi się spodobał;
The xx - najciekawsza oprawa wizualna jaką widziałem od wielu lat. Lasery wyglądają jeszcze lepiej kiedy pada mżawka. Do tego niesamowita scenowa chemia wykonawców. Szkoda, że tylko trochę ponad godzinę.
Jimmy Eat World - super alt-rockowe granie, znakomity, żywiołowy koncert
The Kills - przypominają mi minimalistycznym stylem The White Stripes. W porządku, ale nie wciągnęli mnie zbytnio w swoje granie.
Foo Fighters - byli niesamowici. Dawno tak wielkiej energii i żywiołowego grania nie miałem okazji oglądać i słuchać. Grali ponad 2 godziny bez żadnej przerwy. Do tego wspaniały kontakt z publicznością, który wspomagał wspaniałą zabawę.
Do tego szybko uciekłem gdy grała M.I.A. - całkowicie nie w moim stylu. Widziałem też finał koncertu Charli XCX - konfetti i chyba dobra pop zabawa.
Udało mi się też trafić na pokaz mody Cat Cat - potrafię sobie wyobrazić, że ktoś chciałby nosić takie suknie - a tego nie można powiedzieć o wielu pokazach mody. ;-)
To już mój 10. raz na Open'erze, więc nie będę pisał o formule festiwalu, ani o miasteczku itd., ponieważ od kilku ostatnich lat nic w tej kwestii się nie zmieniło.
Oto krótkie wrażenia z koncertów na których byłem:
Natalia Przybysz - dobry koncert, ale jej muzyka jakoś szczególnie do mnie nie przemawia. Mimo to udało jej się zatrzymać mnie na kilka utworów.
Royal Blood - dobry, klasyczny rock. Dwóch dobrze grających muzyków na scenie. Z dużą przyjemnością obejrzałem cały ich koncert.
Michael Kiwanuka - mimo, że nie jestem fanem soulu bardzo mi się podobał jego koncert. Im dłużej grał tym bardziej się wciągałem w jego granie.
James Blake - działał na mnie odpychająco swoją muzyką.
Solange - może być (w oczekiwaniu na Radiohead). Nie wciągnęło mnie ani nie odrzuciło.
Radiohead - wspaniały, ponad 2 godzinny koncert. Znakomicie zagrany do tego ciekawe, efektowne wizualizacje połączone z grą świateł. Wszystko razem tworzyło show, który trzymało publiczność do samego końca.